Co takiego dzieje się w kosmosie, że w czasie misji nawróciło się 95 proc. radzieckich kosmonautów? Wyjaśnia gen. Hermaszewski

kosmos Wikipedia (domena publiczna)

Gen. Mirosław Hermaszewski jest jedynym Polakiem, który odbył lot w kosmos. Ten lot był dla niego, podobnie jak dla jego kolegów, również ważnym doświadczeniem duchowym. Kilka lat temu wyjaśnił w rozmowie z portalem nto.pl, co takiego dzieje się w kosmosie, że ateiści wracają z niego pełni wiary w Boga.

Czytaj dalej „Co takiego dzieje się w kosmosie, że w czasie misji nawróciło się 95 proc. radzieckich kosmonautów? Wyjaśnia gen. Hermaszewski”

Nawrócenie rabina Dracha

W październiku 2010 roku na łamach miesięcznika Zawsze wierni ukazał się odcinek cyklu „Sławni konwertyci”, w którym pisałem o Dawidzie Drachu, paryskim rabinie, który konwertował na katolicyzm przyjmując imiona chrzcielne Paweł Ludwik Bernard i służył Kościołowi jako bibliotekarz Kongregacji Propagandy Wiary. Zamieszczony został tam także fragment książki Dracha zatytułowanej Lettre d’un rabbin converti, aux Israélites ses fréres, sur le motifs de sa conversion. Przypominam dziś ten odcinek cyklu.

Paweł Ludwik Bernard Drach: Uczony Żyd i pobożny chrześcijanin.

Na początku XIX wieku w liczącej około ośmiu tysięcy dusz paryskiej społeczności żydowskiej miały miejsce liczone w dziesiątkach przypadki porzucenia judaizmu.

Część byłych członków gminy popadła w ateizm, lecz większość rozpoznała Mesjasza w Jezusie, a w katolicyzmie — poza nielicznymi przypadkami odejść do zborów protestanckich — prawdziwy Kościół Chrystusowy.

Sytuacja w paryskiej gminie wzbudzała poruszenie nie tylko wśród Izraelitów zamieszkujących stolicę Francji, ale — ze względu na jej znaczenie — także w wielu innych społecznościach żydowskich na całym kontynencie.

Jedną z osób, której nawrócenie szczególnie zelektryzowało zachodnioeuropejską diasporę, był rabin Dawid Drach.

Autorzy Encyklopedii katolickiej [1] napiszą później, że

„konwersja tego uczonego żydowskiego neofity była niewątpliwie jednym z najważniejszych nawróceń dokonanych dzięki łasce Bożej we Francji XIX stulecia, stając się przyczyną zbawienia wielu jego współwyznawców”.

Dawid urodził się 6 marca 1791 r. jako syn Mojżesza i Feyelé, mieszkańców Bischheim — wsi będącej wówczas największym skupiskiem Żydów w Alzacji. Niebawem rodzina przeniosła się do nieodległego Strasburga. Dane spisowe z 1808 r. mówią, że mieszkali wówczas przy rue de Chandelles i mieli piątkę dzieci (Dawid był trzecim z kolei). Mojżesz nosił już w tym czasie nazwisko Drach, pochodzące najpewniej od hebrajskiego drasza (‘głosić, kazać’) i nawiązujące do tego, że pełnił urząd kantora w jednej z miejscowych synagog [2].

Dawid Drach, jak większość pochodzących ze skromnego i pobożnego środowiska żydowskich chłopców, otrzymał solidne, tradycyjne wychowanie i wykształcenie religijne.

Do dwunastego roku życia pobierał nauki u ojca, ale później, w roku 1803, po zasięgnięciu opinii rabinów został wysłany na naukę do jesziwy [3] w Ettendorfie. Okazał się uczniem niezwykle zdolnym i pod kierownictwem cieszącego się sławą rabina Dawida Sintzheima, przyszłego przewodniczącego Wielkiego Sanhedrynu [4] i wielkiego rabina Francji, program trzyletniego kursu opanował w ciągu jednego roku. Następnie pobierał nauki u rabbich Izaaka Luntteschuza w Westhoffen i Barucha Gougenheima w Phalsbourgu, uzyskując uprawnienia nauczyciela Talmudu [5]. Za radą Sintzheima planował nawet podróż do Lublina na dalsze nauki, do czego jednak nie doszło ze względu na burzliwe czasy wojen napoleońskich. Drach ukończył więc studia pod kierunkiem rabinów alzackich i zaczął uczyć religii w Ribeauville, znajdując zatrudnienie w domu kupca Meyera Sée. Dał w tym czasie wyraz swym proemancypacyjnym poglądom, układając Ode hébraïque en l’honneur de l’Empereur et de la paix de Tilsitt (‘Odę hebrajską na cześć Cesarza i pokoju w Tylży’), którą opublikowano w piśmie „Le Messager du Haut Rhin”.

W roku 1809, w wieku zaledwie 18 lat, Drach złożył z sukcesem egzaminy przed wielkim rabinem Łazarzem Hirschem, uzyskując dyplom rabinacki i tytuł uczonego w Prawie. Wówczas, z polecenia Meyera Sée, zyskał zatrudnienie w Colmar, gdzie przez dwa lata pracował jako nauczyciel w rodzinie zamożnego i wpływowego kupca Abrahama Javala.

Praca guwernera w kolejnych bogatych domach na prowincji nie była jednak tym, o czym marzył młody, zdolny rabin o reformatorskich poglądach — coraz częściej rozmyślał o opuszczeniu Alzacji i zamieszkaniu w stolicy Cesarstwa. Okazja nadarzyła się w roku 1811, gdy komisja wojskowa nie zakwalifikowała go do poboru ze względu na słaby wzrok. Wolny od zobowiązań opuścił rodzinną Alzację i nie bacząc na sprzeciw ojca przeniósł się do Paryża, gdzie osiedliło się wielu jego współwyznawców, szukających swobody, której nie odnajdywali w tradycyjnych wspólnotach żydowskich na prowincji. Także Dawid Drach nie chciał spędzić reszty życia jako rabin niewielkiej gminy — aspirował wyżej, widząc możliwość zrobienia kariery w powołanym przez Napoleona żydowskim Centralnym Konsystorzu 6. Jako uczeń Sintzheima, ciesząc się protekcją wpływowej rodziny Javalów i będąc pewnym własnych kompetencji, miał wszelkie widoki na to, by przyłączyć się do grona reformatorów skupionych wokół konsystorza i odegrać znaczącą rolę w procesie emancypacji francuskich Żydów. Po latach wyjawił też nieco bardziej przyziemne powody swej „ucieczki”, bardzo surowo oceniając alzackich współbraci — w swej książce De l’harmonie entre l’Eglise et la synagogue [7] napisał: „[Paryscy Żydzi] byli tak różni od naszych alzackich Żydów, ignorantów, prymitywnych, pazernych na pieniądze…”.

W 1812 r. zamieszkał w paryskiej dzielnicy Beaubourg, gdzie skupiała się większość społeczności żydowskiej. Jego tytuły naukowe sprawiły, że bez trudu znalazł posadę. Rabin Sintzheim wprowadził go do urzędów związanych z konsystorzem, a w domu przemysłowca Barucha Weila [8] polecił jako nauczyciela i wychowawcę. Oprócz tego Drach często głosił kazania w synagodze przy Rue de Geoffroy-Langevin, prześcigając sławą wielkich rabinów Abrahama de Colonę i Emanuela Deutza, którzy z racji swego pochodzenia (odpowiednio z Mantui i Koblencji) w kontaktach z paryską gminą borykali się z problemami językowymi.

Ponad aktywność natury religijnej Drach przedkładał jednak zaangażowanie w studia świeckie, w tym nad greką i łaciną. W 1818 roku uzyskał świecki tytuł bakałarza i dyplom l’Ecole Normale de Paris, uprawniający do pracy w szkolnictwie. Opublikował też pracę zatytułowaną Haggada ou Cérémoniel des deux premières soirées de Pâque (‘Hagada albo Uroczystość dwóch pierwszych nocy Paschy’), we wstępie do której dał wyraz swym reformatorskim poglądom. Pisał, że książka stanowi odpowiedź na „wyrażane przez lata przez francuską synagogę pragnienie dostępu do publikacji w języku pospolitym”.Drach był pierwszym francuskim rabinem mogącym poszczycić się tak różnymi tytułami i dyplomami naukowymi, a jego wiedza przyniosła mu uznanie reformatorów, w tym znanego francuskiego matematyka Olry’ego Terquema, ale także rabina Deutza, który oddał mu rękę swej córki Sary, wprowadzając go tym samym do żydowskiej elity Francji.

Małżeństwo to w krótkim czasie zostało pobłogosławione trojgiem dzieci: w 1818 r. urodziła się Klarysa, rok później Różyczka (Rosina), a w 1821 r. syn August (żadne nie nosiło tradycyjnie żydowskiego imienia!). W 1819 r. rabbiemu Drachowi powierzono kierowanie szkołą żydowską w Paryżu, gdzie — zgodnie z nakazem jej władz — miał dążyć do „ułatwienia młodzieży zdobywania wykształcenia religijnego, moralnego i obywatelskiego, tak, by poznała i wypełniała swoje obowiązki wobec Boga, Władzy i Ojczyzny, zgodnie z decyzjami doktrynalnymi Wielkiego Sanhedrynu”. Dodatkową sławę młody rabin zyskał jako autor ód z okazji narodzin księcia Bordeaux [9] czy otwarcia synagogi Notre-Dame de Nazareth [10].

W ciągu kilku lat Dawid Drach zaspokoił swoje ambicje: był absolwentem studiów licencjackich i posiadaczem dyplomu akademickiego, rabinem i dyrektorem szkoły, pisarzem i ojcem rodziny. Wydawało się, że jego kariera przebiega gładko i bezproblemowo. W 1821 r. rozpoczął jednak pracę naukową nad projektem, który miał odmienić całe jego życie. Rabin Drach postanowił zrekonstruować hebrajski tekst Tory na podstawie Septuaginty, dochodząc do przekonania, że greckie tłumaczenie jest bardziej autentyczne niż oryginał hebrajski, który — jak głosił — uległ w ciągu wieków znacznym zniekształceniom. Przez dwa lata studiował to zagadnienie, konfrontując Torę z Biblią chrześcijańską, mając w ten sposób również codzienny kontakt z księgami Nowego Testamentu. Nie krył rezultatów swych budzących kontrowersje badań i w końcu rabin de Colona zabronił mu dalszych prac, grożąc usunięciem z gminy. Coraz większe napięcia pojawiły się także w stosunkach z teściem, rabbim Deutzem, i innymi członkami gminy.

Lektura Nowego Testamentu i brak zrozumienia pośród żydowskich współbraci krok po kroku oddalały go od wiary rabinicznej. W wydanym już po konwersji pierwszym Lettre d’un Rabbin converti aux Israélites ses frères (‘List nawróconego rabina do jego żydowskich braci’) napisał:

„idąc w tym kierunku, zostawiłem za sobą synagogę i dotknąłem progu Kościoła”.

Przyznał też, że skłonność, choć niejasna, ku religii Chrystusa objawiała się w nim na długo przed przyjazdem do Paryża; że przemyśliwał o niej zawsze, gdy miał okazję nauczać gojów i obserwować wpływ, jaki wywierały na ich życie „chrześcijańska miłość i miłosierdzie”. Wszystko to skłaniało go ku refleksji nad własnym zbawieniem i z czasem pociąg ku chrześcijaństwu stał się, jak pisał, „tak silny, tak pełen mocy, że już niemożliwy do odparcia”.

W styczniu 1823 r. pozostający na marginesie swojej wspólnoty Dawid Drach rozpoczął, mimo sprzeciwu żony, poznawanie nauki katolickiej pod kierunkiem ks. Jana Marii Burniera-Fontanela, dziekana paryskiego wydziału teologicznego, a 29 marca tego samego roku wysłał do konsystorza list z rezygnacją. Potwierdził, że w Wielki Czwartek tego roku wyrzekł się judaizmu, a w Wielką Sobotę w katedrze Notre Dame wraz ze swymi córkami przyjął chrzest z rąk arcybiskupa Hiacynta Ludwika de Quelena, ordynariusza Paryża. August, jego półtoraroczny syn, został ochrzczony kilka dni wcześniej w kościele St-Jean-François.

Tak oto rabin Dawid Drach stał się Pawłem Ludwikiem Bernardem Drachem, przyjmując pierwsze imię na cześć Apostoła Narodów. Katolicka gazeta „L’Ami de la Religion” określiła przyjęcie Dracha na łono Kościoła katolickiego „podbojem doniosłym i chwalebnym”.

Konwersja przyniosła Pawłowi Drachowi spokój sumienia, ale zachwiała życiem zawodowym i rodzinnym. Stracił wszystkie dotąd zajmowane stanowiska, zadowalając się pracą bibliotekarza w różnych stołecznych instytucjach. Stracił także dach nad głową, znajdując schronienie na plebanii u zaprzyjaźnionego katolickiego kapłana.

Odwrócili się od niego przyjaciele, na dodatek stracił żonę, a o mały włos również dzieci. Sara Drach, córka rabina Deutza, nie mogąc się pogodzić z decyzjami męża, wykorzystała koneksje ojca i z pomocą barona Jakuba Mayera de Rothschilda wywiozła córki i syna do Londynu.

Zrozpaczony Paweł Drach rozpoczął poszukiwania, jeżdżąc do Metzu, Moguncji i Frankfurtu. Dopiero po roku udało mu się ustalić, że żona i dzieci przebywają w Anglii. Dzięki znajomości z księciem Juliuszem de Polignakiem [11], posiadającym rozległe kontakty za Kanałem, podjął starania o powrót rodziny do Francji.

Brytyjczycy wydalili Sarę Drach w listopadzie 1824 r., ale ta odmówiła powrotu do męża, nawet kosztem rozdzielenia z dziećmi.

Rabin-konwertyta postanowił opuścić Francję i wyjechać z dziećmi do Rzymu. Jego córki rozpoczęły edukację w szkole sióstr Sacré­ Coeur, a syn w niższym seminarium Kongregacji Propagandy Wiary.

On sam kontynuował studia teologiczne i pracował nad tekstami, których lektura stanowiła dla wielu Żydów inspirację do porzucenia dotychczasowej religii [12].

Paweł Drach z czasem zaczął się jawić jako jeden z ważniejszych świadków Chrystusa wobec Synagogi, tym więcej, że jego przepowiadanie było wolne od źle pojętej neofickiej gorliwości, która wielu mu podobnym nakazywała lżenie dawnych współwyznawców [13]. Dzięki temu stał się dla Żydów przykładem, pociągając m.in. braci Liebermannów, których znał jeszcze z czasów młodości spędzonej w Alzacji. Z siedmiu synów rabina Saverne aż pięciu konwertowało na katolicyzm, a wśród nich Jakub Liebermann, który przyjął na chrzcie imię Franciszek i stał się fundatorem Zgromadzenia Najświętszego Serca Maryi [14], a po śmierci, na mocy dekretu św. Piusa X, jest znany w Kościele jako czcigodny Sługa Boży.

Ostatnie lata swego życia Paweł Ludwik Bernard Drach, uznany uczony-orientalista, spędził w Rzymie, pracując jako bibliotekarz Kongregacji Propagandy Wiary. Z perspektywy Wiecznego Miasta oglądał owoce swej konwersji — jednym z nich była osoba księdza Pawła Augustyna Dracha, jego syna, któremu francuska biblistyka katolicka zawdzięcza obszerne komentarze do Listów Apostolskich i Apokalipsy św. Jana (La Sainte Bible, Paris, 1869). Zmarł w Rzymie w ostatnim dniu stycznia 1865 roku.

*****

Rozważajcie tę świętą księgę!”

 List nawróconego rabina do jego żydowskich braci o motywach tegoż nawrócenia.

Gdy Pan, poprzez dar swej łaski, raczył mnie natchnąć postanowieniem o porzuceniu faryzejskiego kultu obecnej synagogi, bym wstąpił do świętej i prawdziwej religii Izraela, którą może być tylko religia katolicka, rzymska i apostolska, powziąłem zamiar wyłożenia Wam motywów tego kroku, który wywołał wśród Was tak wielkie poruszenie. Miałem nadzieję, że być może z woli Boga me pismo posłuży Wam jako środek ku zbawieniu, ale ciężkie próby, którym za sprawą Boskiej Opatrzności zostałem poddany wkrótce po moim chrzcie — a części z nich dopiero co położyła kres — zamiar ów kazały mi porzucić.

Tak, moi drodzy Bracia, powtarzam wam, religia katolicka apostolska i rzymska jest religią naszych przodków, religią, która ostatecznie została objawiona wraz z nadejściem naszego Pana Jezusa Chrystusa, tego Mesjasza tyleż razy obiecywanego naszemu narodowi. Boski Zbawiciel sam to oznajmił wobec zgromadzenia naszych ojców: „Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązywać Zakon albo proroków. Nie przyszedłem rozwiązywać, ale wypełnić — Nolite putare quoniam, veni solvere legem aut prophetas, non veni solvere, sed adimplere” (Mt 5, 17). A w przypowieści o złym bogaczu, którą wygłosił faryzeuszom, gdy ów potępiony prosi naszego ojca Abrahama o posłanie Łazarza, by ten jego pięciu braci pouczył — patriarcha jedynie odpowiada: „Mają Mojżesza i proroków, niechże ich słuchają — Habent Moisen et prophetas, audiant illos” (Łk 16, 29).

Istotnie, święta księga, której strażnikami Bóg was uczynił dla dobra swego Kościoła, zawiera wszystkie prawdy chrześcijaństwa. Ach! Niech będzie Wam dane czytać ją bez tej zgubnej zasłony, która utrzymuje Was w stanie niepojętego zaślepienia, jakby nie zostało to przepowiedziane przez proroków jako kara za Wasze nieposłuszeństwo! Skoro uznajecie autentyczność tej księgi, która „droższa jest nad wszystkie bogactwa, a nic z tego, co zwykło się pożądać, nie może być z nią porównane” (Prz 3, 15), pozostaje mi już tylko zachęcić Was do jej otwarcia.

Poczynając od obietnicy złożonej naszemu ojcu Abrahamowi, że to z niego wyjdzie Odkupiciel, oznajmionej mu jako pierwszemu człowiekowi, aż po Malachiasza, w grobie którego został zamknięty dany naszemu narodowi przywilej wybraństwa i przepowiadania przyszłych wydarzeń, zobaczycie cały ciąg proroctw zapowiadających poprzez epoki — z ogromnym wyprzedzeniem i z olbrzymiego od wydarzenia dystansu — najdrobniejsze detale dzieła odkupienia, które dokonało się na krzyżu. Niektóre rozdziały psalmów i Izajasza są prawdziwymi ewangeliami N[aszego] P[ana] Jezusa Chrystusa. Inne fragmenty Starego Testamentu pozostaną dla Was, pomimo bystrości rabinów, pismami niedostępnymi i chaosem mnożących się trudności, dopóki Waszym nieszczęściem będzie odrzucanie tych tak prostych i oczywistych wyjaśnień z Ewangelii płynących, i odtrącanie nauki, która jest ich nieuniknioną konsekwencją.

Wasz niezrozumiały upór wciąż ściąga na Was karę przez Mojżesza, naszego nauczyciela, zapowiadaną, gdy w pełnym słońcu błądzicie po omacku, gdy światło Ewangelii na Waszych oczach jaśnieje pełnią swego blasku: czytajcie wreszcie, zaklinam Was, rozważajcie tę świętą księgę. Ach! Jaka radość rozpiera serce szczerego Izraelity przy tej lekturze i jakim zachwytem przepełnia prawdziwy sens owych wzniosłych przepowiedni strzeżonych przez proroków w świętym skarbcu historii naszego narodu! Jaki naród był kiedykolwiek bliżej zrozumienia wielkiej prawdy odkupienia Izraela i pogan aniżeli ten, który przez długie wieki był strażnikiem obietnicy Boga i powiernikiem Jego zamysłów wobec wszystkich narodów na ziemi?
To właśnie pośród naszego narodu raczył wcielić się Syn Boży, ów Mesjasz wywodzący się — według ciała — z rodu Dawida, tak u nas czczonego i szanowanego. Mesjasz hańby i chwały jednocześnie, przyzywany przez sprawiedliwych spośród nas z pewnym zniecierpliwieniem. Do tego stopnia, że prorok Izajasz, mówiąc o wydarzeniu oddalonym w czasie o ponad 200 lat, które miało o prawie cztery wieki wyprzedzić prawdziwe nadejście Sprawiedliwego, woła w świętym uniesieniu, jakby bieg czasu chciał przyspieszyć: „Spuśćcie rosę, niebiosa, z wierzchu, a obłoki niech zleją z deszczem sprawiedliwego; niech się otworzy ziemia i zrodzi zbawiciela, a sprawiedliwość niech wzejdzie zarazem” (Iz 45, 8). Tak samo nasz ojciec Jakub, zebrawszy swe dzieci, zapowiada, co nastąpi u kresu dni i po oznaczeniu takiego właśnie czasu wcielenia N[aszego] P[ana] Jezusa Chrystusa, do którego przystąpią wszystkie ludy ziemi, przerywa nagłym wołaniem: „Wybawienia Twego czekam, o Panie!”.

Jednakże wyznawcy dawnego prawa, jedyni prawdziwi Izraelici, nie przypisywali — jak naucza obecna synagoga, zwłaszcza w swych 13 aktach wiary [15] — wyczekiwanemu Mesjaszowi misji sprowadzenia na Ziemię Świętą wygnanych Żydów, lecz tę [misję], przez którą miałoby — jak to sprawił N[asz] P[an] Jezus Chrystus — dokonać się nasze zbawienie. Niezaprzeczalny tego dowód przetrwał do dnia dzisiejszego w modlitwie zwanej Osiemnastoma błogosławieństwami, którą trzy razy dziennie odmawiacie. Jej formuła została sporządzona wiele wieków przed narodzinami Zbawiciela przez wielką synagogę, w której pod przewodnictwem skryby Ezdrasza zasiadało 120 uczonych, w tym wielu proroków. Błogosławieństwo na nadejście Mesjasza przybrało taką formę: „Spraw, by zakwitła gałąź dawidowa, i roztocz jej panowanie mocą swego zbawienia, albowiem co dzień Twego zbawienia czekamy. Bądź błogosławiony, o Panie, który sprawiasz, że rozkwita moc zbawienia”.

W błogosławieństwie, w którym uczeni pozostawili wiernym modlitwę o powrót ich wciąż rozproszonych w świecie braci, dziesięciu plemion w szczególności, żadnej wzmianki o Mesjaszu nie znajdujemy. Oto ona w całości. Dziesiąte błogosławieństwo: „Na wielkiej trąbie zagraj, by naszą wolność obwieścić. Sztandar rozwiń, aby połączyć naszych rozrzuconych braci. Zbierz nas z czterech stron świata. Bądź błogosławiony, o Panie, który łączysz wygnańców ludu Twego, Izraela”. Z tych samych powodów nasz naród był pierwszym, któremu Pan zechciał obwieścić nadejście królestwa niebieskiego, najpierw przez Jana, swego poprzednika, a potem własnymi słowy. Tak, to przecież jako „Król Izraela” pojawił się na ziemi (J 1, 49; 12, 13) i cierpiał jako „Zbawca i Odkupiciel Izraela” (Dz 13; Łk 25, 21). To wobec naszego narodu dokonał swych, jakże prawdziwych cudów, by umocnić nas w dobrej nowinie, którą przynosił (Mt 4, 20; Mk 1, 23; Łk 4, 33; J 4, 46, Dz 2, 22 i 10, 37–39) To spośród nas wybrał swych uczniów i Apostołów; to tu, na naszej ziemi, ustanowiony został nie tylko pierwszy Kościół, ale i centrum religii chrześcijańskiej (Dz 15); i wreszcie to wśród naszego ludu tryumfował ten pierwszy, jeden z naszych braci (Dz 6–7), swą krwią pieczętujący prawdę, której był świadkiem. Wówczas otwiera się ta chwalebna droga męczeństwa — nadziemska wręcz — przekazywana najpierw przez Apostołów jako świadectwo tego, co sami widzieli i słyszeli (Dz 4, 20; 1 Kor 9, 1; 1 J 1, 1), a następnie przez tysiące wyznawców Jezusa Chrystusa. I wreszcie, zgodnie ze słowami sprawiedliwego Symeona, światło, które oświeci narody przynosząc chwałę „ludowi Twemu, Izraelowi — Lumen ad revelationem gentium, et gloriam plebis tuae, Israel” ( Łk 2, 31).

Tekst za: P. L. B. Drach, Lettre d’un rabbin converti, aux Israélites ses fréres, sur le motifs de sa conversion, Paryż 1825.

—*—

Przypisy:

[1] Mowa o bodaj najpopularniejszej na świecie Encyklopedii katolickiej  wydawanej od 1907 r. przez nowojorskie wydawnictwo Robert Appleton & Co.

We Francji, podobnie jak w wielu innych krajach [2] europejskich, przyjmowanie przez Żydów nazwisk wiązało się z likwidacją przywilejów stanowych i uchwalaniem praw emancypacyjnych nadających starozakonnym takie same prawa jak innym obywatelom.

Jesziwa — szkoła talmudyczna, do której posyłano na nauki chłopców, którzy ukończyli 13. rok życia. [3]

[4] Napoleon ogłosił powołanie Sanhedrynu, który miał stworzyć nową  organizację wszystkich synagog w Europie. W jego zamiarach miało to dopomóc w podbiciu i zjednoczeniu pod francuską hegemonią całego kontynentu. Do uprawnień Sanhedrynu miała należeć interpretacja ustaw judaizmu zgodnie z wymogami czasu. Sanhedryn liczył 71 członków — rabinów i świeckich. Na jego siedzibę wybrano Paryż. W 1807 r. francuski minister spraw wewnętrznych wyznaczył Sintzheima przewodniczącym Sanhedrynu, Joszuę Benzoina Segre’a pierwszym, a Abrahama de Cologne — drugim asesorem. W praktyce Wielki Sanhedryn okazał się organizacją fasadową.

Talmud jest komentarzem do biblijnego Pięcioksięgu [5] (Tory), wyjaśniającym, jak przestrzegać prawa mojżeszowego w warunkach diaspory.

Centralny Konsystorz Francji został powołany 15 [6] marca 1808 r. przez Napoleona I jako instytucja reprezentująca francuskich Żydów i zarządzająca sprawami tej mniejszości religijnej i narodowej. Tym samym dekretem cesarz Francuzów powołał także siedem konsystorzy departamentalnych.

‘O harmonii [czy też [7] zgodności] między Kościołem a synagogą’. Tytuł może być nieco mylący, w rzeczywistości praca podnosi kwestię uznania przez Żydów Pana Jezusa za Mesjasza, ukazując Kościół jako prawdziwą kontynuację religii narodu wybranego.

B. Weil był pradziadkiem (ze strony matki) francuskiego pisarza M. Prousta. [8]

[9] Henryk, hrabia Chambord, był wnukiem Karola X. Nigdy jednak nie objął  tronu Francji , który został przejęty przez liberalnego Ludwika Filipa z linii orleańskiej Burbonów. Chambord był jednak uważany przez część monarchistów za prawowitego króla Francji.

Decyzją [10] Konsystorza paryskie synagogi przyjmowały nazwy od ulic, przy których stały (np. synagoga Zwycięstwa stoi przy ulicy o tej nazwie — rue de la Victorie). W ten sposób jedna z bożnic, chcąc nie chcąc, nosi imię Najświętszej Maryi Panny z Nazaretu. Ze względu na chrześcijańską nazwę ulicy Żydzi nazywają ją po prostu „Synagogą Nazaretu”.

W [11] tym samym roku J. de Polignac został ambasadorem Francji w Londynie, co znacznie przyśpieszyło pomyślne dla P. Dracha rozwiązanie problemu.

[12] W 1825 r. P. Drach opublikował swój pierwszy List rabina konwertyty…, a  w latach 1826 i 1833 dwa kolejne, w których wzywał Żydów do porzucenia niewierności i wiecznego potępienia jako jej konsekwencji. Jego najważniejsze dwutomowe dzieło, De l’harmonie entre l’Eglise et la Synagogue (1844), jest znakomitym świadectwem przepajającego autora ducha apostolskiego.

Takich neofitów P. Drach napominał, [13] mówiąc o samym sobie, iż „nie może stać się jego intencją znieważanie narodu, do którego zawsze będzie należał przez wzgląd na własne urodzenie”.

W 1848 r. do zgromadzenia dołączyli nieliczni [14] pozostali po rewolucyjnych zawieruchach członkowie Seminarium Ducha Świętego; przyjęto wówczas wspólną nazwę Zgromadzenie Ducha Świętego pod Opieką Niepokalanego Serca Maryi (Congregatio Sancti Spiritus sub tutela Immaculati Cordis Mariae).

Sformułowane w XII w. [15] przez słynnego rabina Mojżesza Majmonidesa w ramach jednej z wielu podejmowanych wówczas prób zestawienia podstawowych zasad wiary żydowskiej. Początkowo krytykowane, 13 aktów wiary jest obecnie akceptowane przez większość wyznawców judaizmu.

Jacques Blutoir profil

Etykiety: Paweł Ludwik Bernard Drach, Sławni konwertyci, Zawsze wierni 137

————————————————————————————————

Za; http://jacquesblutoir.blogspot.com/

Wizja piekła – Świadectwo Siostry Anny Grzybowskiej, Szarytki

Spisane przez Siostrę Dorotę Trybułę, ze Zgromadzenia SS. Zmartwychwstanek – Rycerz Niepokalanej 11/1996.
Ze skopiowanych materiałów byłej strony internetowej ks. Adama Strzałkowskiego:

————————————————————————–

DZIĘKI CI, MARYJO, TYŚ MNIE URATOWAŁA!

Pamiętnym  wydarzeniem  z  czasu  mojej  pracy w  szpitalu po drugim zajęciu Lwowa przez Rosjan była śmierć 26-letniego Franka N.  Był on wielkim zbrod- niarzem i przestępcą, co ujawniło się dopiero przy jego śmierci.

Do  wybuchu  wojny  pracował  jako  woźnica  w  Zakładzie  Nieuleczalnie Cho- rych.  W  chwili rozpoczęcia działań wojennych porzucił samowolnie  dotych- czasowe zajęcia i przyłączył się do bandy rabusiów.

Nawrócenie jego było dziełem miłosierdzia  Matki Najświętszej.  Wyprosiła  je codziennym odmawianiem różańca przez sześć lat siostra szarytka  Zamysło- wska.  Była  ona  przełożoną  Zakładu,  w  którym Franek pracował i z którego uciekł ku jej wielkiemu zmartwieniu.

Nawrócenie Franka

Do Szpitala na klinikę chirurgiczną przywieziono go w 1945 r. w bardzo cięż- kim stanie.  Miał  gruźlicę  płuc i ropne zapalenie opłucnej na tle gruźliczym. Leżał na klinice trzy miesiące.

W tym okresie trzy razy zgłaszał się do spowiedzi  i Komunii św. Stan zdrowia Franka w trzecim miesiącu pogarszał się z dnia na dzień. 

31 X 1945 r.  o  godz. 15,  w  czasie  gdyśmy  ścieliły  łóżko i poprawiały pozycję chorego, nastąpił silny krwotok płucny.  Zalane zostały krwią łóżko i podłoga, a również ja z drugą siostrą, i to od twarzy aż do stóp.

Mimo to Franek nie zakończył życia,  ale zaczął krzyczeć,  że widzi szatanów i piekło otwarte,  do  którego  usiłują go  wciągnąć przy pomocy różnych narzę- dzi.  Równocześnie duszę jego paliły popełnione zbrodnie.

Wyznawał je teraz głośno, wołając rozpaczliwie:  —  „Księdza!!!”  i zasłaniając się siostrami (które trzymał oburącz) przed atakiem złych duchów.  Przykur- czył nogi pod siebie i szamotał się w okropnym przerażeniu.

Zachęta do ufności w Miłosierdzie Boże i poddawane  akty  żalu  doskonałego nie  uspokajały umierającego.  Sytuacja stawała się rozpaczliwa.  O  tej  porze znaleźć księdza na terenie szpitala równało się z cudem, a ks. kapelan miesz- kał na plebanii [parafii] św. Antoniego, kilometr od kliniki.

Proszę Franka, żeby mnie puścił, to pójdę szukać księdza, a on na to:

—  „Nie puszczę, bo mnie szatani porwą”.

Podaję Frankowi różaniec i mówię:

—  „Trzymaj, on cię też zasłoni od szatanów, a mnie puść”.

Wyszłam zrozpaczona na korytarz, i o cudo!: —  korytarzem idzie ksiądz kar- melita z obiadem do chorego brata zakonnego.  Proszę go,  aby zostawił  torbę na korytarzu, a sam przyszedł na salę, aby udzielić rozgrzeszenia umierające mu, równocześnie podaję mu stułę i oleje święte.

Gdy kapłan stanął na sali, piekło w tej chwili zniknęło wraz z szatanami.

Franek wyciągnął przykurczone nogi  i  zaczął od początku litanię okropnych zbrodni, nie zapominając i o świętokradztwach, co już wszyscy obecni na sali słyszeli drugi raz.

Kapłan mówi do penitenta:

—  „Ciszej, ciszej…”,

ale Franek stanowczym głosem mówi:

—  „Żadne  cicho,  na  Sądzie Bożym  cały  świat  będzie wiedział,  jakie zbrodnie popełniłem!”

– i dalej wyrzucał z siebie to, co stanowiło jego największą mękę.

Gdy skończył i otrzymał rozgrzeszenie, uspokoił się zupełnie, wyciągnął ręce jakby do kogoś na przywitanie i ostatkiem sił krzyknął:

—  „Dzięki Ci, Maryjo, Tyś mnie uratowała!”,

a złożywszy ręce na piersiach, skonał. Namaszczenie otrzymał już jako zmar- ły.

Sześciogodzinna spowiedź

Zrobiłyśmy z drugą siostrą porządek ze zwłokami, z  łóżkiem i podłogą,  żeby nikt więcej nie zakażał się. Umyłyśmy się same, przebrały chałaty  i poszły do dalszych obowiązków,  s. Cecylia  na  salę nr 10,  a ja z powrotem na salę  nr 5, gdzie oprócz Franka leżało jeszcze ośmiu ciężko chorych mężczyzn.

Jakież było moje zdziwienie,  gdy żaden z chorych nie leżał w łóżku,  ale wszy- scy pod łóżkami, z głowami nakrytymi poduszkami i materacami. Nawet cho- ry na wyciągu, z kolanem rozbitym kulą dum-dum i ciężką raną na udzie, le- żał pod łóżkiem, uwolniony ze stalowych drutów i obciążenia nogi.

Kiedy zobaczyłam jego twarz,  był zmieniony nie do poznania:  włosy białe,  a oczy [uciekające] pod powieki. Kurczowo trzymał materac na głowie i przera- źliwym głosem żądał księdza,  i to natychmiast.

O księdza wołali też wszyscy inni.

W tej chwili posłałam sanitariuszkę, aby na bramie głównego budynku zazna- czyła na tablicy konieczną obecność księdza na oddziale,  a  sama przy pomo- cy  sanitariuszek  i  sanitariusza  ze  sali  operacyjnej  wyciągaliśmy  chorych i układali na łóżkach jak należy.

Wszyscy byli przerażeni i czekali na księdza, jak tonący na deskę ratunku.

Przyszedł ks. Woroniecki, kapelan, 15 minut po 17-tej.

Ja  trzymałam  dyżur  na korytarzu,  żeby  nikt nie przeszkadzał ani z kolacją, ani z wizytą lekarską. 

O godz. 23.15 wyszedł ks. kapelan na korytarz blady i oblany potem.

Zapytał, co [przedtem] było na tej sali, —  i jak długi upadł zemdlony  na  zie- mię.

Zobaczyły  to  dwie  Rosjanki,  nocne  dyżurne,  i przybiegły pomóc mi ratować go, a potem położyć na wózku szpitalnym,  aż do dojścia do normy.  Na pleba- nię odprowadzili księdza dwaj portierzy.

Na sali nr 5 jeden szloch.

O kolacji chorzy słyszeć nie chcieli.  Prosili, żeby pomóc im odprawić pokutę i razem  z  nimi  dziękować,  że  oni jeszcze żyją,  że się mogli  spowiadać, że ich szatani nie porwali do piekła, które widzieli na sali.

Całą noc spędziłam z nimi na modlitwie i na przygotowaniu do Komunii Świę tej.

Rano,  gdy zobaczyli księdza z Panem Jezusem,  płakali głośno jak dzieci.  Jak miłe musiały być te łzy Zbawicielowi,  którego  łaska odniosła tak wielkie zwy- cięstwo. Śniadania nie chcieli jeść,  ale  płacząc dziękowali  za przeżyty wczo- rajszy dzień.

Zrobiłam,  co  było  konieczne  na  tej sali  i wybiegłam,  żeby przygotować cały oddział do wizyty lekarskiej na godz. 8 rano.

Wizyta lekarska

Wizyta zaczęła się od sali nr 1. Przyszli profesor Karawanów, Rosjanin,  i  kil- kunastu  lekarzy  narodowości  polskiej,  rosyjskiej  i ukraińskiej. Słuchają, co mówi profesor, i serdecznie odnoszą się do chorych i do mnie.

Kiedy wizyta lekarska objęła salę nr 5,  profesor  zmarszczył  brwi, oczami ob- szedł całą salę, a za nim zrobili to samo inni lekarze.  Po chwili przyglądania się chorym w milczeniu, mówi do mnie gniewnym głosem:

—  „Siostro Anno! Tyle razy prosiłem, żebyście wszystkie zmiany, jakie robicie na oddziale, zgłaszali mi przed wizytą”.

Ja na to:

—  „Nie rozumiem, panie profesorze, o co chodzi”…

—  „Jak to – mówi profesor – całą salę zmienić i nic nikomu nie zgłosić?”

Odpowiadam:

—  „Panie profesorze, ani jeden chory nie jest inny niż ci, co byli wczoraj i dawniej; wszyscy ci sami”.

Profesor:

—  „Nie poznaję ani jednego chorego!”

Adiunkt dr Liebhart mówi mi do ucha po polsku:

—  „Siostro Anno, nie rób wariata z Profesora, przecież ani jeden chory nie  jest  ten  sam.   Skądże  siostra  wzięła  ośmiu  chorych  bez  wiedzy lekarzy?”

Kartami temperatury  i  diagnozami,  a  także  żelazami  ze  zdjętego  wyciągu, przekonałam wszystkich o prawdzie moich słów.

Profesor zapytał, 

—  co było powodem, że wszyscy są tak zmienieni  i  mają białe głowy.  

Powiedziałam,  że w związku ze śmiercią Franka  odbywała  się  na  sali  jakaś piekielna scena,  która wszystkich przeraziła, ale i nawróciła, dlatego pewnie są tacy inni.

Bez słowa obeszli całą salę, a na korytarzu zmusili mnie prośbami do opowie- dzenia tego, co było.

W dużym skrócie opowiedziałam co się działo, i że ksiądz się znalazł w  nieo- czekiwanej porze, i że po wyznaniu  grzechów  i  rozgrzeszeniu  Franek  zaraz umarł.

Na to profesor Karawanow:

—  „Ot, to jeden z wielu dowodów, że jest Bóg i że człowiek posiada duszę nieśmiertelną”.

Po wizycie i operacjach zgłosili się do mnie trzej lekarze   —  dwóch Polaków i jeden Ukrainiec   —   z prośbą o książeczki do nabożeństwa  i  o zastępstwo na dzień  następny  w  rannych  czynnościach,  bo  mogą  się  spóźnić,  ponieważ pójdą  do  spowiedzi  i  Komunii świętej, do której nie przystępowali od czasu złożenia matury.

Na  drugi  dzień,  gdy  przyszli  do  pracy,  byli przejęci i odmienieni, podobnie jak chorzy.  

Różańce i Cudowne Medaliki przyjęli z radością.

Co przeżywali chorzy?

Po południu tego dnia miałam chwilkę czasu na rozmowę z chorymi na temat wczorajszego przeżycia.  Wszyscy się przyznawali,  że  mieli powody znalezie- nia  się  w  piekle  i  że  tylko  cudem nie zostali tam porwani.  Przyznali się, że całe lata nie spowiadali się, jeden nawet 40 lat.

Najstarszy pacjent, bez nogi (urwana przez granat), płakał z radości, że wczo raj nie wpadł do piekła, bo bardzo na nie zasłużył.  Po Komunii Św. bez przer- wy modlił się o śmierć,  żeby już nigdy więcej  Pana Boga nie obrazić, ale mieć Go w sercu jak dzisiaj.

Modlitwa dziadka była widocznie miła Panu Bogu i została wysłuchana – wie- czorem tego dnia zasnął na wieki bez żadnej agonii.

Inni chorzy na widok zmarłego dziadka z płaczem wołali, że i oni chcą dzisiaj umrzeć.  Dopiero  przypomnienie  im o obowiązku pokuty i naprawy złego  ży- cia uspokoiło salę.

Pytałam chorych, jak wyglądał szatan.

Zakryli twarze rękami,  a  jeden z nich, inżynier, mówił,  że  to  niemożliwe  do opisania.   Inteligencją przewyższa szatan wszystkich uczonych na świecie,  a wygląd jego jest tak straszny, że lepiej ponosić wszystkie tortury na ziemi, niż wpaść w jego moc. Tak jak ludzie szatana malują, to są żarty.

*  *  *  *  *

Może warto zaznaczyć, że spowiedzi Franka wysłuchał karmelita,  wyświęco- ny w owym miesiącu na kapłana. Przyjechał do Lwowa po studiach.

Do  szpitala  z  obiadem  był  wysłany  o  godz. 12,  ale  nie  mógł od razu trafić. Przyszedł  dopiero  wtedy,  kiedy  Franek wołał: „księdza”, [tzn. ok. godz. 15].

Widocznie Matka Najświętsza tak pokierowała jego krokami.

___________________________

Źródło: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=5676&Itemid=46

Czy Krucyfiks coś dla nas znaczy?

Ten srebrny krucyfiks, który noszę, noszę w ramach zadośćuczynienia. Pewnego dnia byłem w żydowskim sklepie jubilerskim w Nowym Jorku; znałem tego jubilera od dwudziestu lub dwudziestu pięciu lat. Powiedział do mnie: „Mam dla ciebie trochę srebrnych krucyfiksów.”

Podał mi torbę wypełnioną srebrnymi krucyfiksami, było ich ponad sto. Spytałem: „Skąd je wziąłeś?”. „Och” – odpowiedział – „od zakonnic, przyniosły je i powiedziały: ‚nie będziemy już nosić krucyfiksu, za bardzo oddziela nas od świata. Ile nam za nie zapłacisz?’ „. Jubiler powiedział: „Odważyłem im trzydzieści srebrnych monet”. Później spytał mnie: „Co jest nie tak z twoim Kościołem? Myślałem, że krucyfiks coś dla was znaczy.” Opowiedziałem mu zatem, co było nie tak. Trzy miesiące później przyjąłem go na łono Kościoła.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Żródło: abp-fulton-j-sheen.blogspot.com

Za; http://sanctus.pl/index.php – 2011-12-09

Muzułmanin na rękach Jezusa

Był 48 godzin nieprzytomny po tym, jak jego ford Eskort spadł w 300-metrową przepaść i spłonął. Pamiętał tylko, jakby ktoś go trzymał, ratował. Półtora roku później rozpoznał tego Kogoś – to był Chrystus z obrazu z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”.

Zuq Spanca jest Albańczykiem z Kosowa. Studiował w Bel-gradzie prawo, ale zbyt głośno domagał się, by jego rodacy mieli takie same prawa jak Serbowie. – Oni dostawali po 20 000 dinarów stypendium, a ja 200 dinarów – wspomina Zuq, dodając, że na III roku wyleciał z uczelni z wilczym biletem i w 1974 r. przyszły adwokat czy sędzia został… rolnikiem.

Katastrofa

W 1991 r. wybrał się z kolegą samochodem do krewnych, mieszkających w Turcji.
– To było 27 maja. Minęliśmy już granicę bułgarską koło miejscowości Keskendil. (Wiesz, jakie tam są góry? Jakie drogi? Tu, w Polsce, to łatwo jest jeździć samochodem, nie to, co na Bałkanach!) Jechałem szybko, było ślisko. Trafiłem w drzewo. Samochód ze mną spadł 300 metrów w dół i spłonął. Kolega miał spory brzuch i dlatego nie był przypięty pasami. Wypadł z auta, zanim spadło w przepaść. Myślał, że nie żyję. Wrócił do Kosowa, bliscy zaczęli przygotowania do mojego pogrzebu. Ja jednak cudem przeżyłem. Podobno policja wyciągnęła mnie z wraku. 48 godzin byłem nieprzytomny. – To chyba jakiś Polak – mówili o mnie Bułgarzy w szpitalu w Sofii, bo słyszeli, że chociaż jestem nieprzytomny, próbuję coś mówić po polsku. Pamiętam, że jakbym widział wtedy Kogoś, kto mnie trzyma, a ja próbuję mu dziękować po polsku. Dlaczego po polsku? Nie wiem. Zbudziłem się. Powiedziałem, że jestem z Kosowa. Wysłałem telegram do domu, że żyję. Ale jeszcze leżałem w szpitalu ze złamanym stawem biodrowym i rozciętą głową. W czerwcu wróciłem do domu.

Przez lasy o kulach

W 1992 r. Zuq dostał powołanie do wojska jugosłowiańskiego (czytaj: serbskiego). – 13 września miałem się zgłosić, żeby walczyć z Bośniakami – mówi Zuq. – Nie było sensu walczyć dla nikogo. A jak bym nie chciał zabijać, to Serbowie by mnie zabili. Prosiłem Pana Boga, żeby mnie od tego uchronił. W nocy z 12 na 13 września obudził mnie głos: „Wstawaj!”. Potem jeszcze raz: „Wstawaj!”. Wstałem, ale nikogo nie było. Pytam siostrę: – Nie słyszałaś? Tak głośno? – Nie, to chyba przez ten wypadek coś ci się stało w głowę… – Chyba zwariowałem – pomyślałem i położyłem się. Ale potem jeszcze raz słyszę: „Wstawaj, bo przed tobą długa, ciężka droga!”. – I rzeczywiście wstałem i poszedłem o kulach z Mitrowicy do Skopje – opowiada Zuq. – Tam zatrzymało mnie wojsko serbskie, ale uciekłem i szedłem przez lasy do Bułgarii. Jakiś taksówkarz wziął mnie do Sofii. Dostałem się do samolotu do Polski. Dlaczego do Polski? Bo miałem w Skierniewicach znajomych, którzy przyjeżdżali do nas, do Jugosławii, na handel i na wakacje w moim domu nad morzem w Czarnogórze, w Ulcinie. Cała ta włóczęga trwała 33 dni. Nie wiem, czy miałbym dziś odwagę tak iść o kulach 33 dni.

To był On!

Przyjechałem do Polski w piątek, a w niedzielę trafiłem w Skierniewicach do kościoła św. Jakuba. Był tam obraz Pana Jezusa z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”. Rozpłakałem się. To był On! To Jego widziałem, jak mnie trzyma po wypadku! Z Polski wysłałem telegram do Shkurty – Albanki, która tak jak ja leczyła się w sanatorium w miejscowości Peć. Pisałem, żeby przyjechała do Polski na leczenie. – Miałam 22 lata, byłam studentką pedagogiki. Za mój naród byłam gotowa oddać życie. Na demonstracji w rodzinnym mieście Klina serbski policjant postrzelił mnie w kręgosłup – mówi Shkurta i opowiada, jak trafiła do szpitala w Belgradzie.

Kosowianko, co się dzieje?

– Byłam sparaliżowana od pasa w dół. Ale się nie poddawałam. W szpitalu sobie śpiewałam, aż ordynator Serb powiedział mi: – Ja sobie nie życzę, żeby pani tu śpiewała! Ja mu na to: – To co, mam się poddać? Lamentować nad sobą? To do mnie niepodobne! A on mówi do innych pacjentek: – Jeszcze takiego człowieka nie spotkałem! Ma 22 lata, nigdy nie będzie chodzić, ale się nie poddaje. Bierzcie przykład z tej dziewczyny! – To nie ja, bo kim ja jestem? To łaska Boga – powiedziała Shkurta, która była wtedy muzułmanką. – Bóg? Boga nie ma! Kto widział Boga? Nikt! – Ja widziałam! I ty zobaczysz. Ja będę chodzić. – Nie wierzę – odparł lekarz. Aż kiedyś, o dwunastej w nocy, Shkurta poruszyła palcem u nogi. Poprosiła pielęgniarkę, żeby zawołała ordynatora. – Kosowianko, co się dzieje? – spytał lekarz i chwilę później zobaczył zdumiony, jak mokra z wysiłku Albanka poruszyła palcem. – Aż złapał się za głowę i powiedział mi: „Obiecuję ci, że od dziś będę wierzyć. A ja się roześmiałam: „Nie mnie obiecuj, tylko Bogu!” – wspomina Shkurta. I opowiada, jak którejś nocy w szpitalu zobaczyła

oślepiające światło.

Ale – co ciekawe – nie widział go nikt inny. W swoim wnętrzu usłyszała głos: – Tam, gdzie cię poprowadzę, poznasz prawdę i poznasz Mnie. W sanatorium Shkurta poznała Zuqa. Za cały bagaż mając ortopedyczną kulę, przyjechała za nim do Polski. Wyszła za niego za mąż. – Było nam ciężko. Inny kraj, inna kultura, inny język. Chciałam złożyć sąsiadce życzenia na święta, a ona zatrzasnęła przede mną drzwi. W Kosowie to byłoby nie do pomyślenia! W pewnym momencie nie mieliśmy gdzie mieszkać. A w drodze było już dziecko – opowiada Shkurta, dodając, że kiedy Sylwia już się urodziła, Zuq chciał, żeby była ochrzczona. Choćby dlatego, żeby nie była inna niż wszyscy w Polsce. Żona nie chciała: – Myślałam, że to zdrada mojego narodu, mojej ojczyzny, zdrada Allaha.

Już wiem wszystko!

Ale… Zuq poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy. Shkurta prawie całą noc się modliła. W końcu zobaczyła twarz Jezusa w koronie cierniowej. Nic nie mówił. Uśmiechał się. – Gdy Zuq wrócił z pielgrzymki, przytuliłam go mocno i powiedziałam: „Już wszystko wiem!” – opowiada Albanka. Potem obydwoje trafili do grupy Odnowy w Duchu Świętym. – Przyszłam na spotkanie modlitewne, usłyszałam uwielbienie Boga językami. Pomyślałam: „Boże, to jest to! To jest dla mnie!” – wspomina Shkurta. – Przez 3 lata przygotowywaliśmy się do sakramentów i 16 czerwca 1996 r. przyjęliśmy chrzest, I Komunię, a potem także wzięliśmy ślub kościelny. Wtedy wszystko się we mnie zmieniło. A to nie jest tak łatwo. Ja byłem tak gorliwym muzułmaninem, jak jestem gorliwym katolikiem. To mógł zrobić tylko Bóg – mówi Zuq, który na chrzcie i w polskim dowodzie osobistym ma imię Karol. To na pamiątkę Karola Wojtyły, bo Zuq przybył do Polski 16 października – w 14. rocznicę wyboru Jana Pawła II. W podobny sposób Shkurta została Anną. Dziś Karol (Zuq) Spanca pracuje jako portier w skierniewickim szpitalu. Mieszka niedaleko z żoną i dwiema córkami. Żyje skromnie.

O swoim życiu mówi: – To był plan Pana Boga. Ufam Mu.

Za; Jarosław Dudała„Muzułmanin na rękach Jezusa”; Gość Niedzielny nr 13 – 30 marca 2008 r., str.18-19