O PRAWDZIWOŚCI RELIGII KATOLICKIEJ – św. Augustyn

Św. Augustyn Biskup, Doktor Kościoła

Jeśli znajdą się tacy, którzy w Boga nie wierzą, przeto wszelkiej przeciwni są religii, z takimi rozprawiać nie warto. Ale którym konieczność religii jest oczywistą, oczywistym też być musi, że prawdziwej trzymać się należy. Gdzież znajdujemy prawdziwą? Nie u tych, którzy się w tak ważnym przedmiocie zgodzić nie mogą, ani pomiędzy sobą, ani nawet sami w sobie; którzy, mówię, ani wspólnego wyrazu wiary nie mają, ani wierze własnej przyznać najwyższą powagę nie śmieli. Jedna tylko religia katolicka łączy swoich zwolenników w jedno niezmienne wyznanie prawdy, i wierząc, iż prawda jest prawdą, powątpiewać o niej zabrania. Zaiste, gdyby religia katolicka nie była innej przysługi ludziom oddała, jak tylko tę, iż wszelkie spory o istnieniu Boga i o najwyższym dobru udaremniła, już by się niezmiernie była światu przysłużyła, utwierdzając jedność wiary i spokojność umysłów. Nieugiętość Kościoła jest spokoju podstawą.

O tej zbawiennej nieugiętości świadczy niezmienne Kościoła postępowanie z tymi, którzy się zasadom jego nie poddawali. Niezmierna liczba kacerstw zapełniających karty dziejów, lub ćmiących obecnie widnokrąg wiary, są dowodem, iż Kościół żadnego w łonie swym nie ścierpi, który by zdaniem lub słowami odstępował od prawej nauki o Bogu Ojcu; o wiekuistej mądrości, która jest Synem; o Duchu Świętym, który nas oświeca. Zasadę swoją: iż filozofia, czyli miłość i poszukiwanie mądrości w niczym się od religii prawdziwej nie różni, tę utwierdza w umysłach najskuteczniej, kiedy tych, którzy naukę jego odrzucili, odrzuca od tajemnic swego miłowania. Nie tylko tych odpycha, którzy targnęli się na Sakramenty, lecz i tych którzy z nauką nie są w zgodzie. Jeśli napomnieni nie zechcą poprawić się, lecz wytrwają uporczywie w błędzie, wnet zostaną oddzieleni od obcowania z Kościołem. Tak stało się w starożytności Arianom, Photynianom i innym, nie mówiąc o nowszych kacerstwach, których właściwe imiona są cechami obłędności i środkiem rozróżnienia pomiędzy sobą. Schizmatycy przecie byliby pozostali na łonie Kościoła, gdyby nie byli uniesieni opodal, falami własnej pychy.

Co do żydów, tych wyniosło wysoko nad pogan poznanie bytu Boga prawdziwego wszechmogącego, choć istoty Jego nie poznali. Zostali jednak pogrążeni w zakale cielesności, spodziewając się od Boga tylko dóbr widzialnych i marnych, a własnego zakonu [(prawa)] nie rozumieli, obejmującego zarysy nowego ludu, którego pokora wynosi na szczyt chwały.

U ciemnych i krnąbrnych żydów, nie możemy znaleźć prawdziwej religii: szukać jej nie możemy w zabobonach rozlicznej pogańszczyzny, ani w niedorzecznych poprawkach heretyckich, ani w kłamliwych nabożeństwach dumnej schizmy. Prawą wiarę zachowali ci, których czyste i pokorne zostały obyczaje, których nauka jedna i niezmienna, a których zna świat od wieków, pod nazwą chrześcijan katolików prawowiernych.

Katolickiemu Kościołowi „wszystko dopomaga ku dobremu„, służą nawet nieprzyjaciele i odszczepieńcy. Służą poganie, jako pole podbojów; kacerze, jako kamień probierczy czystości wyznania, i dowód niewzruszonej mocy; żydzi, jako świadkowie podania [(tradycji)] i przeciwieństwo wykazujące świetność nowego zakonu. Poganom otwiera Kościół ramiona, w miłosnym upragnieniu rozszerzenia Królestwa Chrystusowego; odpędza kacerzy w obronie czystości swej. Zaniedbuje schizmatyków, bo nieposłuszni jego powadze, przestali być jego dziećmi; upokarza żydów blaskiem wielkości swej, przy której gaśnie światło synagogi, i którą bunty zakamieniałego ludu w nowe stroją świetności. Jednocześnie otwiera wszystkim bramy zbawienia i łaski; gotów oświecać pogan światłem wiary, poprawić kacerzy prawością nauki, przyjmować do łona swego schizmatyków, jak tylko do jedności zatęsknią, objąć w miłości żydów wyleczonych ze ślepoty.

Co do synów swoich, którzy by dali się powodować wpływami światowymi w osądzeniu wiary, a nie zasadami świętości, tych cierpi Kościół jako słomę żniwa Pańskiego, pożyteczną przecie ku zachowaniu dobrego ziarna, aż nadejdzie pora oczyszczenia. Wszakże od woli każdego zawisło, zostać słomą lub ziarnem; przeto Kościół cierpliwym jest dopóty, dopóki jawne nie nastąpiło zaskarzenie, lub otwarta zuchwałość. Wtenczas ich wyrzuca i wrota łaski przed nimi zapiera. Cóż się staje z wykluczonymi?

Otóż wykluczeni za nieprawość obyczajów, albo powrócą na łono Matki przez pokutę – albo porwani niepohamowanym pociągiem, wpadną w ostateczności zepsucia i zgubą swoją staną się zbawiennym przykładem. Wykluczeni dla błędu, albo rozpoczną schizmę doświadczającą cierpliwości Kościoła, albo zapędzą się aż do kacerstwa wsławiającego moc i światło naszej wiary, i nastręczającego nam sposobność własnego wydoskonalenia. Ten bywa zwyczajnie koniec chrześcijan cielesnych, uniesionych błędami i uporem.

Wszakże dozwala niekiedy Opatrzność, żeby chwilowo, ci ludzie złego serca, wzięli górę nad dobrymi, i poburzywszy kościół, wygnali z niego cnotliwych.

Ale słudzy Boga, miłownicy pokoju, zachowują się cierpliwie: schizmy ni kacerstw nie wszczynają, a świat od nich bierze naukę, jak daleko powinna być posunięta czystość i poświęcenie prawdziwych naśladowców Jezusa Chrystusa. Oczekują wytrwale, żeby za uśmierzeniem niepokojów, mogli powrócić na swe miejsca w kościele, a jeśli powrócić nie będą mogli, czy to z powodu trwającej burzy, czy dla niebezpieczeństwa niezgody większej, wtenczas zachowują się w cichości, życząc zbawienia prześladowcom swoim, nie kupiąc się w buncie, lecz utwierdzając do śmierci świadectwem i czynem, naukę Kościoła katolickiego. Ojciec zaś, widząc skrytości ich serca, czystego i pałającego wiernością, gotuje im niewidzialną koronę wiekuistej zasługi. Rzadko znajdują się tacy, jednakże częściej aniżeli się przypuszcza.

Tak więc nie ma ludzi, wypadków, ani zdarzeń, których by ku zbawieniu dusz i ku wyniesieniu ludu swego duchowego, Boska Opatrzność nie raczyła używać.

O prawdziwości Religii katolickiej podług św. Augustyna wolnym przekładem napisał L. R., Kraków 1853, ss. 23-30.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).
Pozwolenie Władzy Duchownej:

Gdy Rękopis pod nazwą „O prawdziwości Religii katolickiej” podług św. Augustyna „de vera Religione”wolnym przekładem sporządzony, nie zawiera w sobie nic przeciwnego ani wierze św., ani dobrym obyczajom; przeto dla pożytku szukających rzetelnej prawdy, drukiem ogłoszony być może.

Kraków 18 stycznia 1853 roku.

X. KAROL TELIGA S. T. Dr.

Kan. kat. Krak. Ksiąg treści religijnej Cenzor, mpr.

IMPRIMATUR

MATTHAEUS GŁADYSZEWICZ,

U. J. D. Administrator Gnlis Dioec. Cracoviensis mppr.

Dziełko „O prawdziwości Religii chrześcijańskiej” , według myśli i po większej części według tekstu księgi św. Augustyna „de vera Religione”w polskim narzeczu skreślone, z wielkiem przeczytałem zajęciem. – Nie znalazłem w niem nic przeciwnego zasadom wiary lub obyczajom katolicko – chrześcijańskiego kościoła, a nadto spostrzegałem w całym jego rozwoju szczytne chrześcijańsko–filozoficzne prawd religijnych zrozumienie, i do potrzeb dusz wznioślejszą pobożnością i oświatą namaszczonych, zastósowanie. Przeto uważam to pismo za wielce pożyteczne, i mianowicie do czytań świątecznych dla ludzi wyższej oświaty bardzo przydatne i korzystne. Z wyrażeniem głębokiego poważania, mam zaszczyt etc. etc.

Kraków 11 stycznia 1853 r.

X. WALERY SERWATOWSKI

© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Kraków 2004

———————————-

Zdjęcie od admin. – Wikipedia

Chrystus modli się za nas i w nas – św. Augustyn

Posted: 27 Mar 2012

Z Komentarza św. Augustyna, biskupa, do psalmu osiemdziesiątego szóstego

Słowo swoje, przez które Bóg wszystko uczynił, dał ludziom jako ich Głowę i dar najwyższy, oni zaś mieli stać się Jego członkami. Syn Boży jest więc zarazem i Synem Człowieczym; jednym Bogiem wraz z Ojcem, jednym człowiekiem wraz z ludźmi. Gdy wznosimy nasze błagalne modły do Boga, nie oddzielamy Syna od Ojca, a kiedy się modlimy jako Ciało Syna, niech się ono nie oddziela od swojej Głowy. Jeden jest tylko Zbawiciel swojego Ciała, nasz Pan, Jezus Chrystus, Syn Boży. On modli się za nas, modli się w nas, do Niego my się modlimy. Modli się za nas jako nasz kapłan; w nas się modli jako nasza Głowa; do Niego zanosimy modlitwy jako do naszego Boga.

Rozpoznajmy więc i nasze głosy w Jego wołaniu, a Jego głos w naszym wołaniu. Zwłaszcza, gdy w pismach proroków jest mowa o uniżeniu się Jezusa Chrystusa, które nam się wydaje niegodne Boga, nie wahajmy się odnieść je do Tego, który nie zawahał się stać jednym z nas. Wszystko jest Mu poddane, bo wszystko jest przez Niego stworzone.

Wpatrujmy się w majestat Jego Bóstwa, słuchajmy tego, co o Nim zostało powiedziane:

 „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało”.

 Widzimy Syna, którego Boży majestat przewyższa wszystko i wznosi się ponad całą chwałę stworzenia, a równocześnie Pismo święte ukazuje Go nam pogrążonego w udręce, modlącego się i sławiącego Ojca. Trudno nam w to uwierzyć, bo nasz umysł, jeszcze olśniony blaskiem Jego Bóstwa, wzdraga się dopuścić do siebie myśl o takim poniżeniu. Obawiamy się, jeśli tak można powiedzieć, przynieść ujmę Synowi Bożemu słysząc z Jego ust te same słowa, które my kierujemy do Niego, gdy się do Niego zwracamy jako do Boga. I dlatego wahamy się i nie wiemy, co o tym sądzić; a kiedy badamy Pismo, niczego tam innego nie znajdujemy, jak tylko to, że trzeba uciec się do Pana i nigdy się od Niego nie oddalać.

Obudźmy się, otrząśnijmy się ze snu i niech nasza wiara będzie czujna. Niechże ona dojrzy, że Pan, którego widzieliśmy jako Boga, przyjął postać sługi, stał się podobny do ludzi, i jako jeden z nich uniżył samego siebie i stał się posłuszny aż do śmierci, a wisząc na krzyżu żalił się słowami psalmu:

 „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”.

 Modlimy się przeto do Chrystusa jako do Boga, On zaś modli się jako człowiek. W pierwszym wypadku chodzi o Boga, w drugim występuje On jako sługa. Albowiem przyjął On naturę ludzką, podlegającą zmianom, aczkolwiek przez to sam nie doznał żadnej zmiany. My wraz z Nim tworzymy jedno; On jest Głową, my Jego Ciałem. Modlimy się więc do Niego. Modlimy się przez Niego i w Nim. Zanosimy nasze prośby razem z Nim, a On modli się w nas.

—————————————————————————-

Za; „Wielkopostne medytacjie on-line”serwis PSPO

Za; http://www.brewiarz.pl/index.php3

Zdjęcie; Wikipedia – św. Augustyn

Rozważanie na MARZEC – Ave Maria, gratia plena, Dominus Tecum, benedicta tu in mulieribus

                      Ave Maria, gratia plena, Dominus Tecum, benedicta tu in mulieribus. Te słowa wypowiedział Anioł zwiastując Maryi, że będzie Matką Boga. Później stały się one częścią najczęściej powtarzanej modlitwy Maryjnej. W tej modlitwie tkwi moc różańca. I choć istnieje wiele przepięknych modlitw ta jest Maryi najmilsza. Przede wszystkim dlatego, że przypomina Jej moment w którym otrzymała Boga na własność. Jej umiłowany Bóg stał się Jej Synem. Wcielenie było jednym z najpiękniejszych momentów w ziemskim życiu Maryi. Nie tylko dlatego, że wtedy stała się matką, ale dlatego, że otrzymała Boga w najbardziej intymny sposób. Tytuł matki jest Jej najmilszym ze wszystkich, ponieważ jest najbardziej prosty i w nim tkwi głębia Jej pokory. Owszem, jest naszą Panią, Królową, Wspomożycielką itd., ale Jej Serce jest sercem matki i Ona przychodzi do nas jako Matka. Jeśli oddajemy Jej hołd jako Królowej Ona nie zatrzymuje go dla siebie, ale w całości oddaje swemu Synowi. Jeśli jednak oddajemy Jej miłość dziecięcą ujmujemy Jej Serce w wyjątkowy sposób, nie ma bowiem nic słodszego dla matki jak tylko małe i nieporadne dowody miłości jej dzieci.

                               Dlatego też Niepokalana szczególnie wysłuchuje próśb zanoszonych przez tą modlitwę.  I sama także modli się za nas, ponieważ w drugiej części dodajemy „módl się za nami grzesznymi”. Ona sama najlepiej wie co chce dla nas wyprosić u Swego Syna, co jest nam potrzebne, jest to więc wyraz wielkiego zaufania do Niepokalanej. Nie mówimy bowiem o co ma się modlić, nie dodajemy tam własnej woli ale zupełnie zdajemy się na Nią, że Ona wyprosi nam wszystko co potrzebne.

         Pozdrowienie Anielskie, jeśli tylko odmawiamy je naprawdę żarliwym i szczerym sercem ma wielką moc przemiany naszego życia. A to dlatego, że ono przemieniło życie Najświętszej Panny. Owszem już wcześniej była Ona wybrana, wolna od grzechu pierworodnego, ale dopiero w chwili zwiastowania faktycznie stała się Matką Boga. To zmieniło całe Jej dotychczasowe życie. Odtąd nosiła Boga pod swoim Niepokalanym Sercem. Zmiana dotyczyła nie tylko Jej życia fizycznie, jako że stała się matką. Ale przede wszystkim duchowo, można powiedzieć, że w chwili zwiastowania lilia, która dotychczas była małym, ukrytym pąkiem zaczęła rozkwitać aby w chwili Narodzenia ukazać się pełnym kielichem czystości. Duszom prawdziwe miłującym Maryję i chcącym stać się podobnymi do Niej udziela Ona wielu łask przez pobożne odmawianie Pozdrowienia Anielskiego. Przez słowa tej modlitwy udziela nam Ona coraz bardziej swojego Syna i coraz bardziej nas z Nim jednoczy. Dając fizyczne życie Jezusowi dała nam nasze, duchowe życie.

                                   Rozważanie tajemnicy zwiastowania ukierunkowuje nas zawsze na cel, dla którego Jezus przyszedł na świat. Maryja przyjęła Słowo Boże z całym cierpieniem, które się z Nim wiązało. Podobnie my powinniśmy przyjmować wszelkie krzyże jeśli chcemy aby Boskie Dzieciątko wzrastało w naszej duszy.

 Autor:

Za; http://trzecizakonfsspx.blogspot.com/ – czwartek, 22 marca 2012

CZY TE RZECZY ZOSTAŁY PRZEPOWIEDZIANE? – KS. RAMA P. COOMARASWAMY

„Oby nikomu z żyjących w tym czasie nie powstała w sercu myśl taka: Cóż więcej zdziałał Chrystus? Jaką siłą to czynił? Gdyby Bóg nie chciał, nie dopuściłby tego. Przestrzega cię Apostoł i przepowiada: «Dlatego Bóg zsyła na nich obłęd» (II Tes. 2, 11). Słowo: «Zsyła» znaczy tyle co: «Pozwala, że się staje», nie po to, żeby się obronili, lecz, «aby zostali osądzeni». Dlaczego? «Bo nie uwierzyli prawdzie», tzn. prawdziwemu Chrystusowi, «lecz znaleźli upodobanie w nieprawości» (II Tes. 2, 12), tzn. w Antychryście”. (Św. Cyryl Jerozolimski, Katechezy, XV, 17).

Tłumaczenie proroctw jest zawsze najeżone trudnościami. Podczas gdy jest oczywiste, że Pismo Święte zawiera proroctwa, to tylko z perspektywy czasu można wyraźnie stwierdzić, że „Bóg o tym powiedział”. Ponadto, już od niepamiętnych czasów duch zła rozpanoszył się po całej ziemi i zawsze delektował się podsuwaniem fałszywych interpretacji Słowa Bożego jak i błędnych oświadczeń i proroctw mających być rzekomo tym Słowem. Niemniej jednak, istotne wydaje się rozważenie tego aspektu problemu już tylko z tej jednej przyczyny, aby obalić przekonanie tych, którzy w obliczu całej masy dowodów świadczących na ich niekorzyść, upierają się przy powiedzonku „nie może to być” albo „to się nie zdarzy”.

Św. Paweł przestrzega nas w drugim liście do Tymoteusza, że „przyjdzie bowiem czas gdy zdrowej nauki nie ścierpią” (II Tym. 4, 3), jak również: Ja wiem, że po odejściu moim wejdą pomiędzy was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody. I spośród was samych powstaną mężowie mówiący przewrotne rzeczy…” (Dz. Ap. 20, 29). Takie proroctwa oczywiście wypełniły się w przeciągu całej historii chrześcijaństwa, ale mamy jeszcze kilka dalszych wskazówek. Wiemy, że w jakimś momencie historii pojawi się „Antychryst” i będzie panować niepodzielnie. W rzeczy samej jego panowanie zakończy się dopiero wraz z drugim przyjściem Chrystusa w chwale. Ale powiedziano nam więcej. Św. Paweł ostrzega nas w liście do Tesaloniczan: „…abyście nieprędko dali się odwieść od przekonania waszego, ani zastraszyć… jakoby już nadchodził dzień Pański. Niech was nikt nie zwodzi żadnym sposobem: pierwej bowiem przyjdzie odstępstwo…” (II Tes. 2, 1-4). Podobnie kardynał Newman wskazuje w swojej pracy „The Patristical Idea of Antichrist”, że drugie przyjście Chrystusa poprzedzi panowanie Antychrysta, a przed Antychrystem nastąpi „odstępstwo” albo używając słów Newmana „jakaś straszliwa apostazja”.

Są jeszcze inne zwiastuny wydarzeń jakie poprzedzą drugie przyjście. I tak, Chrystus napomina uczniów w Ewangelii św. Mateusza (rozdz. 24), że „powstaną fałszywi chrystusowie i fałszywi prorocy, i czynić będą znaki wielkie i dziwy”, a „iż się rozmnoży nieprawość, oziębnie miłość wielu”. Dalej dodaje jeszcze: „…tak też i wy, gdy ujrzycie to wszystko, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach…”, „…gdy więc ujrzycie brzydotę spustoszenia… zalegającą miejsce święte…”, „wtedy ci, którzy są w Judei, niech uciekają na góry”.

Mamy dwa inne „fakty” (piszący te słowa przyjmuje za „fakt” to, co zostało Objawione) godne rozważenia. Pierwszy to ten, o którym św. Jan Apostoł powiedział około 2000 lat temu „…a jak słyszeliście, że antychryst idzie i teraz nastało wielu antychrystów…” (I Jan. 2, 18) oraz stwierdzenie św. Pawła „…i wiecie co go (Antychrysta) teraz powstrzymuje, aby się objawił w swym czasie… tylko ten, co teraz powstrzymuje – niech powstrzymuje – będzie usunięty…” (II Tes. 2, 6-7).

Podsumujmy te „fakty” słowami kardynała Newmana:

„…przyjście Chrystusa będzie bezpośrednio poprzedzone straszną i niespotykaną eksplozją zła, nazwaną przez św. Pawła apostazją, odstępstwem, pośród której objawi się pewien straszliwy Człowiek Grzechu – syn zatracenia, szczególny, wyjątkowy nieprzyjaciel Chrystusa czyli Antychryst; stanie się to gdy zwyciężą rewolucje, a obecna struktura społeczeństwa rozpadnie się w kawałki; na razie duch, którego on będzie uosabiał i wyobrażał jest utrzymywany pod kontrolą «władz», jednakże wraz z ich rozkładem rozwinie swe panowanie i złowrogą sferę działania dążąc do wyeliminowania Kościoła”.

 Jednym ze szczególnych znaków tych czasów będzie „ohyda spustoszenia” przed którą ostrzeżenia znajdujemy w dwu Ewangeliach: według Mateusza i Marka. To wyrażenie pojawia się w kilku miejscach Starego Testamentu, który jest „figurą” Nowego Przymierza. I tak, w Księdze Daniela czytamy: „…ustanie ofiara i ofiarowanie: i będzie w kościele obrzydłość spustoszenia…” (9, 27) oraz „…i zgwałcą świątynię mocy, i odejmą ustawiczną ofiarę, a dadzą obrzydłość na spustoszenie…” (11, 31). Czym innym jak nie Mszą może być „ustawiczna ofiara”? I czy nie dostajemy ostrzeżenia, że to właśnie Msza zostanie zaatakowana w jakimś momencie historii? Posłuchajmy Malachiasza (1, 7) „Ofiarujecie na ołtarzu moim chleb skalany, a mówicie: Czymże cię skalaliśmy?”. Czy Jeremiasz nie mówi w Bożym imieniu kiedy się skarży: „Namiot mój jest zburzony, wszystkie powrózki moje porwały się, synowie moi odeszli ode mnie i nie ma ich… Bo głupio postępowali pasterze, a Pana nie szukali, przeto nie zrozumieli i wszystka trzoda ich jest rozproszona” (10, 20-21). I rzeczywiście, historia się powtarza gdyż Ezechiel mówi z kolei „Kapłani jej wzgardzili zakonem moim i splugawili świątynie moje; między świętą rzeczą a nieświętą nie robili różnicy” (22, 26).

W Księdze Machabejskiej mamy historię Antiocha, okrutnego prześladowcy Żydów, którego często przyjmuje się za rodzaj Antychrysta. Rozważmy kilka ustępów tego tekstu, które zdają się tu dobrze pasować. „W one dni wyszli z Izraela synowie bezbożni i namówili wielu mówiąc: Pójdźmy a uczyńmy przymierze z narodami, które wokoło nas są, bo od tego czasu gdyśmy od nich odstąpili, wiele złego nas spotkało… I postanowili niektórzy z ludu, i pojechali do króla; i dał im moc, aby czynili sprawiedliwość pogan… i uczynili sobie odrzezki, i odstąpili od przymierza świętego, i sprzęgli się z poganami, i zaprzedali się, aby czynić zło…” (I Mach. 1, 12-16).

 A po tych wydarzeniach, powracający z Egiptu Antioch zaatakował Izrael. „I [Antioch] wszedł w świątynię z pychą, i wziął ołtarz złoty, i lichtarz świetlny i wszystkie naczynia jego, i stół pokładny, i naczynia ofiar płynnych, i czasze, i moździerzyki złote, i zasłonę i korony…” (I Mach. 1, 23). A później, kiedy wrócił do swojego kraju: „I rozpisał król Antioch do wszystkiego królestwa swego, aby był wszystek lud jeden, a każdy zakon swój opuścił. I wszystkie narody dostosowały się do słów króla Antiocha; i wielu z Izraela przystało do jego religii, i ofiarowali bałwanom, i splugawili szabat…” (I Mach. 1, 43-45). Ostatecznie gdy nieustanna ofiara została porzucona umieścił on „obrzydłego bałwana spustoszenia na ołtarzu Bożym, i po wszystkich miastach judzkich wokoło nabudowali ołtarzów… i księgi zakonu Bożego, podarłszy je, spalili ogniem” (I Mach. 1, 57-59). Mimo wszystko byli tacy, którzy nie chcieli się na to zgodzić. „Ale wielu z ludu izraelskiego postanowiło sobie nie jadać rzeczy nieczystych i woleli raczej umrzeć, niż się plugawić pokarmami nieczystymi…” (I Mach. 1, 65).

 Powróćmy znów do komentarza kardynała Newmana, który mimo, że powstał przed ponad stu laty to dzisiaj wciąż jest aktualny.

 „Czy nie ma powodów by się obawiać, że tego rodzaju apostazja stopniowo się przygotowuje, rozrasta, nabiera tempa i to właśnie w chwili obecnej… Czy nie spotykamy się z coraz powszechniej i otwarcie głoszoną opinią, iż naród nie ma nic wspólnego z religią: że jest to tylko sprawa indywidualnego sumienia każdego człowieka – co jest równoznaczne z powiedzeniem, że możemy pozwolić Prawdzie zniknąć z oblicza ziemi nie podejmując wysiłków by trwała ona nieprzerwanie również w przyszłości… Czy nie istnieje gorączkowe i wciąż ożywione dążenie do uwolnienia się od konieczności obecności Religii w sprawach publicznych?… uporczywe dążenie wychowywania bez religii – to znaczy pozbieranie razem wszystkich form religii, co prowadzi do tego samego wyniku? próba narzucenia umiarkowania i cnót z niego płynących przy pomocy stowarzyszeń zbudowanych na zasadach czystej użyteczności? usilne starania by uczynić względy praktyczne, a nie prawdę, celem i normą dla środków używanych przez państwo oraz postanowień prawa; próby uczynienia liczby, a nie prawdy podstawą do zachowania albo odrzucenia tego albo innego wyznania tak jakby w Biblii znajdowały się jakiekolwiek podstawy do uważania, że większość ma rację, a mniejszość się myli? Usiłowania zmierzające do pozbawienia Biblii jej jednego znaczenia z wykluczeniem wszystkich innych, po to by ludzie uważali, że może mieć i sto równie dobrych znaczeń, albo innymi słowy, że w ogóle nie ma żadnego sensu, jest martwą literą i może być odłożona na bok? próba zupełnego wyrugowania religii w takiej mierze w jakiej jest ona czymś zewnętrznym albo obiektywnym, w tym zakresie w jakim ma ona odzwierciedlenie w rozporządzeniach lub może wyrażać się w spisanych słowach – by zawęzić ją przez to do naszych wewnętrznych uczuć, a mając na uwadze jak zmienne i przelotne są nasze uczucia, w rzeczywistości jest to próba zniszczenia religii” (1).

 A czyż niemało z tych idei nie panoszy się dzisiaj w „Kościele”? Czymże innym jest „spotkanie z Chrystusem” jak nie próbą ograniczenia religii do naszych wewnętrznych uczuć? A co można powiedzieć o wielu nowych interpretacjach Pisma Świętego albo o jawnej akceptacji nauk naszych „braci odłączonych”? Ale w Biblii są jeszcze inne trafne stwierdzenia. I tak, św. Paweł mówi nam, że Antychryst „zasiądzie w świątyni Boga”. Chociaż pierwsi Ojcowie Kościoła interpretowali to jako… Synagogę, a kilku duchowych pisarzy takich jak św. Jan od Krzyża uczyło, że odnosi się to do indywidualnej duszy, nie można wykluczyć możliwości, że może się to odnosić do jakiejś części (w czasie lub przestrzeni) Kościoła rzymskokatolickiego. Ponadto, prorok Daniel mówi nam „Lecz boga Maozim na miejscu swoim chwalić będzie, a boga, którego nie znali ojcowie jego, będzie czcił…” (11, 38). Kardynał Newman mówi, że to kogo oznaczają słowa przetłumaczone „boga Maozim” – nazywanego później „nieznanym Bogiem” pozostaje dla nas całkowicie zakryte i prawdopodobnie będzie tak aż do końca; ale w każdym razie jako symbol Antychrysta na pewno przepowiedziany jest jakiś rodzaj fałszywego kultu. Newman następnie zwraca uwagę, że Antychryst będzie przeciw kultowi bóstw w zwykłym rozumieniu tego terminu jednakże propagowane wówczas bałwochwalstwo będzie tego rodzaju jakie istniało podczas rewolucji francuskiej – z jej bożkami „WOLNOŚCI, RÓWNOŚCI i BRATERSTWA”. Być może wybrany zostanie w tym celu bożek „dynamicznej ewolucji” albo „postępu”. Ostatecznie, diabeł jest nade wszystko „zwodzicielem”, toteż Newman ostrzega nas:

 „Czy myślicie, że on (szatan) w swej przebiegłości jest tak nieumiejętny, że będzie zachęcał was otwarcie i wyraźnie do przyłączenia się do jego wojny przeciw Prawdzie? O nie, podsunie wam przynętę aby was złapać w pułapkę. Obiecuje wam wolność osobistą; obiecuje równość, obiecuje handel i bogactwo… obiecuje wam reformę…”.

 I ten nieprzyjaciel, jak mówi Newman „odznacza się szczególnym grzechem – jawną niewiernością”. Kolejną cechą ducha Antychrysta jest to, że wypowiada się w taki sposób jakby przemawiał w imię Chrystusa. Pozwólcie, że wyjaśnię ten paradoks. Chrystus powiedział nam: „Ja przyszedłem w imię Ojca mego, a nie przyjmujecie mnie; jeśli inny przyjdzie w imię swoje, jego przyjmiecie” (Jan. 5, 43). To oznacza, że głoszą oni własne nauki, a nie nauki Chrystusa, swoje osobiste opinie, a nie prawdę Wszechczasów. Co więcej, ci, którzy mówią w tym „obcym duchu” „mają wprawdzie pozór pobożności, lecz jej mocy się wyrzekają” (II Tym. 3, 5) i „wolność im obiecują, choć sami są niewolnikami zepsucia” (II Piotr. 2, 19), to niemniej jednak będą głosić, że mówią w imieniu Chrystusa: „Wielu powie mi w ów dzień: Panie, Panie! czyśmy nie prorokowali w imię twoje… A wtedy wyznam im: żem was nigdy nie znał, odstąpcie ode mnie, którzy czynicie nieprawość” (Mt. 7, 22-23). Tak, Bóg poskarży się znowu, jak to zrobił w Księdze Jeremiasza (12, 10-11) „Mnodzy pasterze zniszczyli winnicę moją, podeptali dział mój”. I dlaczego wszystkie te rzeczy dzieją się w taki sposób? Ponieważ, jak powiedział św. Paweł opisując Antychrysta: „…a jego przyjście jest sprawą szatana, z wszelką mocą i znakami i cudami kłamliwymi i z wszelką ułudą nieprawości dla tych, co giną, dlatego że miłości prawdy nie przyjęli, aby byli zbawieni. Dlatego podda ich Bóg działaniu błędu, aby uwierzyli kłamstwu, żeby osądzeni byli wszyscy, co nie uwierzyli prawdzie, ale zgodzili się na nieprawość” (II Tes. 2, 9-12).

 Toteż widzimy, że we w dzisiejszej dobie – o ile nasze dowodzenie jest słuszne – „Nieustanna Ofiara” jest raczej rzadko składana. A czym jest „samozniszczenie Kościoła” jeśli nie „zniszczeniem Winnicy”? „Boże… splugawili kościół twój święty” (Ps. 78, 1) „tanecznymi liturgiami” i „widowiskami”. „Świętości są w rękach cudzoziemców” (I Mach. 2, 8) – gdy heretycy i „bracia odłączeni” wygłaszają kazania z naszych ambon. „A oto nasze miejsca święte i piękność nasza i chwała nasza jest spustoszona” (I Mach. 2, 12) gdyż z ołtarzy usunięto tabernakulum. „A świątynie Izraela spustoszone będą” (Amos 7, 9) i „Mnie opuścił lud mój” (Jeremiasz 2, 13) gdyż kościoły są wymarłe.

 Można by oczywiście „przetrząsnąć Pismo Święte” w poszukiwaniu jeszcze większej ilości wskazówek – ale poprzestaniemy na ostatnim, apokaliptycznym „znaku bestii”. Przyjmuje się zwykle, że oznacza to, iż człowiek będzie czcić jakieś „zwierzę”, coś w rodzaju „złotego cielca”. Jednakże jedną z możliwych interpretacji „bestii” jest sam człowiek, to znaczy człowiek jako człowiek, co jest tak silnie zaakcentowane w kilku dokumentach Vaticanum II. Jest to człowiek będący „autorem swej własnej kultury”, człowiek, który „dąży do osiągnięcia autentycznego i pełnego człowieczeństwa”. Ostatecznie, przekleństwo anioła dotyczy ludzi „którzy mieli znamię bestii” (Apok. 16, 2). Chodzi o człowieka, który już nie modli się i nie czci Boga w inny sposób niż za pomocą bliżej nieokreślonych i sentymentalnych słów nie mających w rzeczywistości żadnego znaczenia. To człowiek, którego relacja z rzeczywistością nadprzyrodzoną polega raczej na osobistym „odczuciu” i „spotkaniu” aniżeli na „wiedzy” i „akceptacji Objawienia”. Człowiek ten: „wzrasta on we wszystkich swych przymiotach i staje się zdolny odpowiedzieć swemu powołaniu przez obcowanie z innymi, przez wzajemne usługi i rozmowę z braćmi” (Gaudium et spes, n. 25). Wiara tego człowieka jest „prostym sublimującym pragnieniem”, a nie „wiarą w naukę Kościoła katolickiego” (Andrew Greeley). To człowiek, który już nie potrzebuje Boga albo Jego Kościoła i o ile jeszcze nie głosi, że „Bóg umarł”, to przynajmniej releguje Boga do „domu spokojnej starości” dla starych i zniedołężniałych. To człowiek współczesny, który oddzielił się od całej Tradycji i jest przekonany, że może „działać na własną rękę”. To człowiek, który zredukował się do poziomu „zwierzęcia” („bestii”). To człowiek, który nie potrzebuje żadnego specjalnego „znamienia” lecz raczej pozostawia swój znak na wszystkim, czego dotyka. A jeśli to kogoś oburza, zastanówmy się nad słowami sławnego antropologa, Ashleya Montagu:

 „Uważam każdego tak zwanego «dzikusa» za dużo lepszą istotę ludzką i za nieskończenie lepszego chrześcijanina od każdego tak zwanego białego człowieka. Poczytuję współczesnego Europejczyka i jego amerykańskiego odpowiednika za stworzenia upadłe tak nisko, że większy upadek nie jest już możliwy. Nie znam żadnych tak zwanych «pierwotnych ludów», o których nie można by powiedzieć, że są lepszymi ludźmi niż członkowie tak zwanych «społeczeństw rozwiniętych»”.

(List do Anandy Coomaraswamy)

 Oczywiście, nikt nie może z całą pewnością twierdzić, że wyżej cytowane biblijne prognozy dotyczą obecnej sytuacji w Kościele katolickim. Jednakże, przerażające w tym wszystkim jest to, że wszystko co się wokół dzieje jest zgodne z tymi przepowiedniami i proroctwami. Jak mówi św. Alfons Liguori, „Diabeł z pomocą heretyków zawsze próbował pozbawić świat Mszy, czyniąc ich prekursorami Antychrysta, który w pierwszym rzędzie będzie się starał znieść i z pewnością zlikwiduje Przenajświętszy Sakrament ołtarza…” (Msza święta).

 Jednakże dla indywidualnego katolika, takie spekulacje nie są ważne. W Dzień Sądu, nie będzie rozliczany z interpretacji proroctw, lecz ze swoich uczynków. Wobec sytuacji, która „pachnie” tym wszystkim przed czym byliśmy ostrzegani, musi całym sercem przylgnąć do tego, co jest pewne. Wobec tego, co zdaje się być nieustanną i stale zmieniającą się praktyką liturgiczną, musi przylgnąć do tej liturgii, która jest niezmienna – Mszy Wszechczasów. W obliczu doktrynalnych wypowiedzi, które zdają się naśladować sezonowe trendy mody, musi przylgnąć do Doktryny Wszechczasów. W obecności Wiary opisywanej jako „osobista”, „spotkanie” i ograniczonej do „wewnętrznych odczuć” każdej osoby, musi przylgnąć do Wiary Wszechczasów. Żyjąc w epoce gdy struktury Kościoła zdają się być tak ulotne jak piaski czasu, musi przylgnąć do Kościoła Wszechczasów. A nade wszystko, musi przylgnąć do tego Imienia, które istniało w Łonie Ojca zanim czas się stał, Świętego Imienia Jezus!

 Na koniec – słowo o innym proroctwie Pisma Świętego mówiącym, że prześladowania Antychrysta dotkną wiernej „garstki”. Nie mówię tu o tych prześladowaniach, które spotykają teraz kapłanów trwających przy odprawianiu Prawdziwej Mszy, ale o tych, które spadną na wiernych, kapłanów lub świeckich, którzy odmówią „jadania pokarmów nieczystych”. Modernistyczna hierarchia zrzekła się prawa do głoszenia Prawdy w świecie współczesnym – wszakże nasi bracia odłączeni rzekomo również głoszą prawdę. Dawniej, jeżeli Papież wypowiedziałby się głośno na taki temat jak przerywanie ciąży, to miliony wiernych byłyby mu posłuszne i nawet rządy obawiałyby się by nie zostały obalone. Dzisiaj, kiedy przemawia „Papież”, to nawet jego najbliżsi biskupi natychmiast pędzą, aby mu się sprzeciwić. Jego stronnicy deprecjonują jego słowa zanim jeszcze heretycy zdążyli mieć szansę ich przeczytania.

 W świecie, w którym Kościół nie jest już uznawany za siłę prawdy i moralności, to rządy stają się środkami uchwalania prawdy i moralności. Gdy dojdzie do tego, to ci, którzy nie mogą przyjąć „nowej moralności” staną się „wrogami ludu”. Jeżeli eutanazja jest ogłaszana polityką rządu – i stało się tak już w Holandii, kraju chrześcijańskim – to wtedy ci, którzy odmówią przyjęcia tego „dobra” będą musieli zostać poddani „reedukacji”. Nasze religijne przekonania będą dozwolone tylko wtedy gdy będziemy je zachowywać „dla siebie” i nie będziemy przekazywać naszym dzieciom. Kiedy poczujemy się wezwani do mówienia przeciw dominującemu prądowi – by świadczyć o prawdzie – kiedy odmówimy przyjęcia „orzeczeń” liczebnej większości albo odrzucimy żądania i dyrektywy jakiejkolwiek grupy władzy, która akurat będzie kontrolować rządy, to zaczniemy wtedy „przeszkadzać” „woli ludu” i zostaniemy ogłoszeni „wrogami państwa”. Tego dnia, już nie będzie instytucjonalnego Kościoła, który by się za nami wstawił i będziemy osamotnieni.

 Będzie płacz i zgrzytanie zębów, jeżeli nie w naszych czasach, to w czasach naszych dzieci. Wtedy one nas oskarżą i zapytają, dlaczego nie staliśmy twardo przy zasadach, dlaczego pozwoliliśmy pomiatać sobą jak trzciną na wietrze? Nie stańmy się pokoleniem, które Bóg znienawidzi. Niech nie powie On do nas:

„Czterdzieści lat gniewałem się na ten naród, i rzekłem: «Zawsze ci błądzą sercem». A oni nie poznali dróg moich, jak zaprzysiągłem w gniewie moim, że nie wnijdą do pokoju mego” (Psalm 94, 10-11). (2)

 Ks. Rama P. Coomaraswamy, 2001

Z języka angielskiego tłumaczył Mirosław Salawa

–––––––––––––––

Przypisy:

(1) John Henry Newman, Tracts for the Times, vol. V (1838-40), The Patristical Idea of Antichrist (in Four Lectures). Lecture 1. The Times of Antichrist.

(2) Por. Henry Edward kard. Manning, Arcybiskup Westminster, Obecny kryzys Stolicy Apostolskiej poświadczony przez proroctwa. Wykład IV.

(Przypisy od red. Ultra montes).

————————————————————————————-

Za; (www.ultramontes.pl)

Egzorcyzmy przed kliniką aborcyjną

Obrońcy życia z Dayton w stanie Ohio otrzymali pozwolenie kurii archidiecezjalnej w Cincinnati, by w modlitewną akcję przed miejscową kliniką aborcyjną włączyli się księża egzorcyści.

Uczestniczący od początku Wielkiego Postu w kampanii „40 dni dla życia” obrońcy życia podkreślają, że obrzęd wypędzania złego ducha w takich miejscach jak kliniki aborcyjne jest niezwykle skuteczny.

Prosząc biskupa o „lokalny egzorcyzm”, obrońcy życia z Dayton wzorowali się na podobnej inicjatywie w Rockford, w stanie Illinois, gdzie po wielokrotnych egzorcyzmach przed miejscową kliniką aborcyjną placówkę w końcu zamknięto. Zdaniem Kevina Rilotta, modlitwa egzorcystów okazała się w tym przypadku bardzo skuteczna. „Chwila, gdy księża zaczęli odmawiać te modlitwy, była początkiem końca tej kliniki” – dodaje.

Bezpośrednim powodem zamknięcia Northern Illinois Women’s Center było ujawnienie poważnych nieprawidłowości dotyczących przestrzegania przepisów medycznych. Mimo sądowych odwołań, placówka po 40 latach funkcjonowania została definitywnie zamknięta.

Klinika znana była też z wyjątkowo agresywnych ataków na chrześcijan. Kierowano je szczególnie przeciw kapłanom, którzy prowadzili tam modlitwy w dzień i w nocy. W oknach i na ścianach klinki pojawiały się wulgarne napisy, nazywające duchownych „zboczeńcami” i „gwałcicielami dzieci”, a ich samochody obrzucono jajkami. Księża musieli wysłuchiwać zniewag osobistych, kierowanych pod ich adresem. Podczas jednej z prowokacji w oknie kliniki umieszczono gumowego kurczaka na krzyżu oraz zakonnicę w trumnie, szydząc w ten sposób z wyznawców Jezusa.

Rilott zauważył, że charakterystyczne było to, że gdy księża zaczynali odprawiać egzorcyzm, właściciel kliniki szybko opuszczał budynek i wracał dopiero po zakończeniu modlitw.

Według przedstawicieli proaborcyjnej organizacji Planned Parenthood, do której należy klinika Women’s Med Center w Dayton, usługi, jakie wykonują w tej placówce nie są „czymś złym”.

JOZEF WOLNY/GOSC NIEDZIELNY- 2012-03-18

Za; http://wiara.pl/

Wierność Tradycji w dobrym towarzystwie Świętych

Ks. Jacek Bałemba SDB

wtorek, 13 marca 2012

Katolik dojrzały w świętości to rozumie: ortodoksja (poprawna wiara) jest równie ważna jak ortopraksja (poprawne działanie).

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się bez-bożnych humanistycznych poglądów wciskających się na ambony.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się „chrześcijaństwa” antropocentrycznego, które Pana Boga odsuwa na drugie miejsce.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się stawiania człowieka w miejsce Boga.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się ateistycznej karykatury chrześcijaństwa – bez Boga.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się destrukcyjnej karykatury chrześcijaństwa – miłości bez Prawdy.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się rewolucyjnej karykatury chrześcijaństwa – współczesności bez Tradycji.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się złudnych poglądów, jakoby ważne było nie to, w co się wierzy, lecz to, by być „dobrym człowiekiem”.

W czasach pomieszania powszechnego strzeżmy się karykatury chrześcijaństwa – ortopraksji bez ortodoksji.

Święci uczą wciąż. Św. Teresa z Avila, wybitna miłośniczka Kościoła i Chrystusowej nauki, nie ulegała płytkim złudzeniom, jakoby wystarczyło mniej więcej czynić dobro dla ludzi. Była katoliczką integralną. Uświęciła się – aż po najwyższe stany mistyczne – uczestnicząc we Mszy Świętej Trydenckiej. Czytajmy dobrze: dla obrony każdego szczegółu depozytu wiary była gotowa oddać życie! Sama o tym pisze klarownie:

   „W tej materii nigdy nie miałam najmniejszej obawy i byłam pewna siebie, że w rzeczach wiary nikt mi nic nie zarzuci, że za każdą sprawę zapisaną w Piśmie świętym, za każdy artykuł wiary, owszem, za każdą najmniejszą ceremonię kościelną tysiąc razy gotowa jestem ponieść śmierć” (Księga życia, 33, 5).

   Jakiż to niemodny dzisiaj temat! Wysoce aktualny!

Uczmy się od Świętych, bo czas nagli. Fałszywych nauczycieli przybywa. Są cierpliwi, wyrafinowani i bezczelni. Z troską przestrzegam przed wilkami w owczarni Pańskiej.

Błogosławiony, kto wytrwa przy Prawdzie – w dobrym towarzystwie Świętych.

Amen.

* * *

Ostatnie słowo do Polski:

„Umie Pan Bóg odmienić wyroki swoje, jeśli my odmienim złości nasze.

Pokutujmyż a wracajmy się do Pana Boga naszego,

a On sam uleczy rany nasze”

(Ks. Piotr Skarga SI).

Za; http://novushiacynthus.blogspot.com/

Nasze problemy poważne – ks. Jacek Bałemba SDB

Nadszedł już czas, aby wyartykułować jasno i publicznie nasze problemy poważne. Trafna diagnoza warunkuje trafną terapię.

Odnowa Polski w każdym wymiarze zależy od czystego – świętego – serca pojedynczego Polaka. Odnowa Polski w każdym wymiarze zależy od najwyższego – priorytetowego! – odniesienia jednego polskiego serca do Najświętszej Rzeczywistości, jaką na polskiej ziemi jest Pan Jezus utajony w Najświętszym Sakramencie.

Destrukcja Polski w każdym wymiarze zaczyna się od brudnego – grzesznego – serca pojedynczego Polaka. Destrukcja Polski w każdym wymiarze zaczyna się od marginalizowania, nonszalancji i pogardzania jednego polskiego serca Najświętszą Rzeczywistością, jaką na polskiej ziemi jest Pan Jezus utajony w Najświętszym Sakramencie.

Diabeł na polskiej ziemi – nie bez udziału ludzi – tworzy dzisiaj na naszych oczach nową bezbożną religię, w której człowiek zajmuje miejsce Boga.

Diabeł na polskiej ziemi rozlewa dzisiaj na potęgę maź ateizmu. Ta maź – lepka i cuchnąca – zakaża umysły i serca osób świeckich, osób zakonnych i duchowieństwa. Otępia. Ogłupia. Obezwładnia. Ateizuje.

Precyzyjnie: gaśnie na naszych oczach, z dnia na dzień, wiara w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Problem najpoważniejszy i źródło stopniowego zniszczenia Polski we wszystkich wymiarach.

Myślę, że to nie naukowcy, lecz przede wszystkim czyste dusze dzieci i prostych ludzi mogą nas nauczyć, w jaki sposób powinniśmy traktować Pana obecnego w Eucharystii”  – powiedział Arcybiskup Jan Paweł Lenga, Ordynariusz Karagandy, na XI Zwyczajnym Zgromadzeniu Ogólnym Synodu Biskupów w roku 2005, w Watykanie.

Dziecko wrażliwe, chłopiec, dziewięcioletni ministrant, chciał przyjmować Pana Jezusa w Komunii Świętej na klęcząco. „Opiekun” ministrantów stawia mu ultimatum: „Albo będziesz przyjmował Komunię Świętą na stojąco, albo przestaniesz być ministrantem”. Rodzina płacze. Proszę Państwa, to się dzieje na polskiej ziemi. W polskiej parafii. Znana mi osoba referuje.

Coraz więcej „katolików” wchodząc czy wychodząc z kościoła w ogóle nie klęka przed Najświętszym Sakramentem.

   Coraz więcej „katolików” przechodząc przez środek kościoła, przed tabernaculum, w ogóle nie klęka przed Najświętszym Sakramentem.

   W wielu kościołach i kaplicach zdetronizowano Pana Jezusa, usuwając tabernacula na drugi plan – na ukryty plan!

Apel – z szacunkiem należnym Osobom, do których jest kierowany.

 Od katolickich środowisk – kapłanów i osób świeckich – w naszej Ojczyźnie rozlega się usilna prośba do Ordynariuszy, do Rektorów seminariów duchownych, do Formatorów, do Liturgistów, do Mistrzów i Mistrzyń nowicjatów: nie gwałćcie sumień szlachetnych wierzących młodych ludzi, którzy – wierni katolickim zwyczajom – chcą przyjmować Dar Największy, Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, w postawie klęczącej. Nie przymuszajcie ich do przyjmowania Komunii Świętej na stojąco, nie wysuwajcie pod ich adresem gróźb usunięcia z seminarium czy nowicjatu, jeśli nie dostosują się do nakazu.

Od katolickich środowisk w naszej Ojczyźnie rozlega się prośba usilna, pokorna, nagląca! Nie niszczcie nam wiary. Nie niszczcie największej Świętości na polskiej ziemi, jaką jest Najświętszy Sakrament. Nie niszczcie wrażliwych serc ludzi młodych. Nie niszczcie nam powołań kapłańskich i zakonnych!

Syn może postawić ojcu pytanie. Nie jest to niestosowne. Więc – analogicznie:

Czy znajdzie się w Episkopacie pasterz, który stanie w obronie dziewięcioletniego chłopca, któremu postawiono ateistyczne ultimatum?

   Czy znajdzie się w Episkopacie pasterz, który stanie w obronie młodych mężczyzn, którym w seminariach duchownych i nowicjatach zakazuje się zginać kolana przed Panem Jezusem utajonym w Najświętszym Sakramencie?

   Czy znajdzie się w Episkopacie pasterz, który stanie w obronie młodych kobiet, którym w nowicjatach zakazuje się zginać kolana przed Panem Jezusem utajonym w Najświętszym Sakramencie?

   Czy znajdzie się w Episkopacie pasterz, który obroni tysiącletnią tradycję pobożności eucharystycznej?

Odnowa Polski w każdym wymiarze zależy od czystego – świętego – serca pojedynczego Polaka. Odnowa Polski w każdym wymiarze zależy od najwyższego – priorytetowego! – odniesienia jednego polskiego serca do Najświętszej Rzeczywistości, jaką na polskiej ziemi jest Pan Jezus utajony w Najświętszym Sakramencie.

Destrukcja Polski w każdym wymiarze zaczyna się od brudnego – grzesznego – serca pojedynczego Polaka. Destrukcja Polski w każdym wymiarze zaczyna się od marginalizowania, nonszalancji i pogardzania jednego polskiego serca Najświętszą Rzeczywistością, jaką na polskiej ziemi jest Pan Jezus utajony w Najświętszym Sakramencie.

Nie ma niebezpieczeństwa przesady w trosce o tę tajemnicę, gdyż «w tym Sakramencie zawiera się cała tajemnica naszego zbawienia»” (Bł. Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, 61).

Oby nie odniosło się do nas to Słowo:

      „A ludzie patrzyli i nie pojmowali,  ani sobie tego nie wzięli do serca” (Mdr 4, 14).

Kościoły pustoszeją. Czas nagli. Bóg woła o opamiętanie.

Największym – nieocenionym – skarbem na naszej polskiej ziemi jest nasz Pan Jezus Chrystus utajony w Najświętszym Sakramencie. Pod postacią białej milczącej Hostii jest obecny nasz Pan Jezus Chrystus. W cichości tabernaculum wzywa, zaprasza, chce obdarzać życiem, miłością, łaską, mądrością…

 Trwa.

   JEST.

   Czeka.

   „a kto się przejmuje Jego losem?” (Iz 53, 8).

—————————————————————————

Za; http://novushiacynthus.blogspot.com/  – wtorek, 6 marca 2012

Katolickie metody działania – o. Jacek Woroniecki OP

(…) Po wsze czasy istnieć będzie głęboki antagonizm między duchem świata a duchem Chrystusowym; świat nie przestanie nigdy przeciwstawiać się myśli Chrystusa, a najistotniejszym punktem spornym będzie zawsze zagadnienie miłości i wypływających z niej metod postępowania. Tę antytezę metod znajdujemy dobitnie wyrażoną w słowach Zbawiciela: „Oto ja was posyłam jako owce między wilki” (Łk 10,3)

Będąc uczniami Tego, który chciał z całego stworzenia wybrać sobie za symbol bezbronnego baranka bez skazy, znajdujemy się i my na świecie jako jagnięta otoczone stadem wilków. Nie mogąc posługiwać się kłami i pazurami, uchodzimy w oczach świata, wierzącego tylko w kły i pazury, za coś słabego i bezbronnego. Tymczasem w tej pozornej bezbronności tkwi cała nasza potęga i moc. Jednym tylko jest ona zawsze uwarunkowana, mianowicie aby w nią wierzyć bezwzględnie i nie dać się nigdy porwać pokusie użycia wilczych metod, tak nęcących nieraz swą łatwością i skutecznością na krótką metę.

Doskonale to kiedyś rozwinął św. Jan Chryzostom, tłumacząc powyższe słowa Zbawiciela: „Aby zwyciężyć wilki, musimy zostać jagniętami – gdy zechcemy być wilkami, to tamte, wilki tego świata, zawsze nas zjedzą”. I jasnym jest, dlaczego. Oto, jeśli nawet w walce ze światem pod wpływem roznamiętnienia chwycimy się tego lub owego wilczego środka, to jednak na użycie ich wszystkich sumienie chrześcijańskie nam nie pozwoli; zawsze będzie nas ono krępować w używaniu wilczych metod i w walce z prawdziwymi wilkami, których nic nie krępuje, zawsze ulegniemy.

Zwyciężyć możemy tylko wtedy, kiedy tym metodom, w których są oni mistrzami i w których nigdy im nie dorównamy, chyba że całkowicie przejdziemy do ich obozu, zdradzając świętą sprawę Bożą, zdołamy przeciwstawić nasze metody, metody Baranka Bożego. I w nich można dojść do mistrzostwa, jak to wielcy mocarze ducha, święci Pańscy dowiedli. Dają one wtedy dziwne, nieznane światu panowanie nad duszami, a o nie to przecież, o to władanie ludźmi i kierowanie ich życiem cała walka między nami a światem się toczy.I nie należy myśleć, że ta miłość chrześcijańska, z której akcja katolicka winna wysnuwać swoją metodę, jest czymś ckliwym, słabym i anemicznym.

Myśl współczesna, zdeprawowana sentymentalizmem, indyferentyzmem i wypływającymi z nich hasłami tolerancji, nieraz chciała widzieć w chrześcijaństwie coś słodkołzawego, paraliżującego wszelkie przejawy czynu w życiu ludzkim; teoria niesprzeciwiania się złu, sformułowana przez Tołstoja, była ostatnim wyrazem tego kierunku myśli, z którym zresztą można się było wszędzie spotkać, gdzie chodziło o zajęcie zasadniczego stanowiska wobec pewnych ciężkich i twardych konieczności życia ludzkiego. Gdy szło o wojnę, o karę śmierci, o inkwizycję, ostatnim pokoleniom żyjącym w atmosferze przesiąkniętej do dna egoistycznym humanitaryzmem trudno było pojąć, że nie tylko nie stoją one w sprzeczności do zasad miłości chrześcijańskiej, ale nieraz mogą być nawet jej bezpośrednimi postulatami.

Bo i w samej rzeczy, miłość chrześcijańska jest tą wewnętrzną, nadprzyrodzoną mocą ducha, która nami kieruje w wypełnianiu wszystkich obowiązków naszego życia, tak iżby one odpowiadały we wszystkim świętej woli Bożej i do ostatecznego celu prowadziły. Nieraz obowiązki te mogą krzyżować wolę naszych bliźnich i zmuszać nas do zadawania im bólu, a jednak nie wolno nam się wtedy cofać, bo nie przyjemność bliźniego winna być dla nas decydującym czynnikiem, ale chwała Boża i dobro moralne społeczeństwa i dusz ludzkich. Jest więc w dobrze pojętej miłości chrześcijańskiej coś mocnego, nawet twardego, a natchniony autor „Pieśni nad pieśniami”, szukając z czym by ją pod tym względem zestawić, porównał ją ze śmiercią. „Mocne jest jako śmierć miłowanie” (Pnp 8,6). Nieraz żąda ona od nas czynów, które muszą zaboleć i pewne zło fizyczne wyrządzić, ale to zło winno być zawsze warunkiem większego dobra, zła dla zła wyrządzać jej nie wolno.

Tu leży ta wielka różnica między metodą świata a metodą miłości. Świat, gdy wyrządza zło, czyni to dla celów egoistycznych, dla zwalczania przeszkód, które spotyka na drodze do zaspokojenia nienawiści lub żądzy zemsty. Miłość chrześcijańska, gdy wyrządza jakieś przemijające zło fizyczne, czyni to dlatego, że jest ono warunkiem większego, trwałego dobra. Gdy zmuszona jest wystąpić z mocą i ból, a nawet śmierć zadać, nie przekroczy nigdy koniecznej miary bólu, a nawet w samym sposobie, w jaki go zada, da poznać, jak wielka intencja dobra nią kieruje, jak wolna jest od chęci dokuczenia lub wyzyskania dla siebie cudzego cierpienia.

W życiu świętych można by wskazać cudowne przykłady tej mocnej, druzgocącej nieraz zło miłości. Umieli oni i inkwizycją kierować, i wojny prowadzić, i surowo karać bliźnich, nie tylko nie przekraczając miary cierpienia, które wtedy wolno, a nawet trzeba zadać, ale łagodząc je tym przekonaniem, które wpajali, że we wszystkim, co robią, szukają nie siebie, nie swej korzyści lub zaspokojenia namiętności, ale chwały Bożej i prawdziwego dobra dusz.

Zapewne, że wobec zła stanowisko Tołstojowskie, nie przeciwstawiające mu żadnego oporu, jest o wiele łatwiejsze i wygodniejsze. Łatwiej jest też zwalczać zło, dając folgę popędliwym uczuciom nienawiści i gniewu i kierować się zasadą: „oko za oko, ząb za ząb”; łatwo wtedy na krótką metę dopiąć celu i uzyskać przewagę, ale przy zaślepieniu, jakie namiętność sprowadza, wnet traci się miarę, a z nią wszystkie uzyskane pozycje. Nienawiść tylko burzyć potrafi, do twórczej pracy na dalszą metę jest niezdolna. Metoda miłości w walce ze złem jest o wiele trudniejsza; nic też dziwnego, że ludzkość, która rada chodzi po linii najmniejszego oporu, woli metody obojętności lub nienawiści.

Aby podług słów św. Pawła umieć „zwalczać zło dobrem” (Rz 12,21), potrzeba całkowitego opanowania wszystkich władz duszy przez ten pierwiastek dobra nadprzyrodzonego, jakim jest miłość Boża. Ona jedynie jest w stanie dać nam tę miarę Bożą, która sprawi, że nie zadamy ani krzty cierpienia więcej, niż to jest konieczne, ale też, że nie cofniemy się przez tchórzostwo i małoduszność od zadania go tam, gdzie chwała Boża i dobro dusz tego wymagają. Posiada ona tę cudowną własność, tak uderzającą u świętych, łączenia w sobie wykluczających się na pozór cech: twardości i miękkości, surowości i wyrozumiałości, stanowczości i ustępliwości. Przez nią człowiek staje się „wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich zbawić” (1 Kor 9,22), daje mu ona bowiem cudną jakąś nadprzyrodzoną zdolność przystosowywania się do wszystkich potrzeb ludzkich, nic nie zatracając z własnej mocy ducha.

Śliczną formułkę znalazł na to bł. Jordan z Saksonii, dominikanin z XIII wieku: „Omnibus conformari et seipsum non deformare” (Przystosować się do każdego, nie zatracając własnej formy).

Ta miłość chrześcijańska nie jest słabością, ona jest siłą, wymagającą wielkiej mocy ducha i dlatego też tak trudno o nią na świecie. Aby posiąść jej metodę, trzeba dużo pracy nad sobą; nic też dziwnego, że niejeden woli się chwycić łatwiejszych metod świata. Kto jednak ją posiądzie i z jej metodami się oswoi, ten nie może nie uzyskać z czasem ogromnego wpływu na dusze, i zwycięstwo jego jest zapewnione.(…)

***
Fragment książki o. Jacka Woronieckiego OP „U podstaw kultury katolickiej”, IEN, Lublin 2002, s. 131 – 134
—————————————————————-

Za; file:///D:/ZZZ/polonica.net/katolickie_metody_dzialania.htm#top

„Gdyby wszyscy chrześcijanie wypełniali swoje obowiązki, świat by się nawrócił”

 

 

 

 

Kazanie J. E. ks. bp. Bernarda Fellaya, przełożonego generalnego Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, wygłoszone 19 lutego br., w Niedzielę Pięćdziesiątnicy, w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie – Radości podczas udzielania sakramentu bierzmowania.

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Drodzy wierni, umiłowani bierzmowani!

Gdy mówi się o sakramencie bierzmowania, wówczas mówi się o łaskach, o darach, które chce nam ofiarować Pan Bóg. Te dary Boga są niezmierzone i dla nas niepojęte. Nie waham się powiedzieć, że dla Pana Boga udzielić jednemu człowiekowi sakramentu bierzmowania znaczy o wiele więcej, jest czymś o wiele ważniejszym, niż stworzenie całego wszechświata. Pan Bóg przez udzielenie jednego bierzmowania czyni więcej, niż przez stworzenie wszystkich bytów całego uniwersum. Ofiaruje wam dar większy niż wszelkie złoto całego świata. Nie jest to trudne do zrozumienia, gdy uświadomicie sobie, że Bóg daje wam Boga, a Bóg jest większy niż wszelkie stworzenie.

Spójrzcie, oto dziś otrzymujecie Ducha Świętego. Tego Ducha Świętego nazywamy darem Pana Boga. Dokładnie to śpiewaliśmy: „Veni Creator Spiritus… altissimi donum Dei — O, Stworzycielu Duchu, przyjdź… Tyś najwyższego Boga dar”. Sam Duch Święty przychodzi do waszego serca i chce samego siebie wam ofiarować. Dlaczego? To bardzo ważne, byście właściwie to zrozumieli. Najpierw musicie wiedzieć, że przez chrzest św. staliście się świątynią Trójcy Przenajświętszej, tzn. że trzy Osoby Trójcy Przenajświętszej mieszkają w waszych duszach będących w stanie łaski uświęcającej. Skoro więc Bóg już jest obecny w waszych duszach, to jak można teraz mówić, że dopiero przychodzi? Mówimy przecież, że Duch Święty przychodzi i dziś Go przyjmujecie. Otóż Kościół nie waha się mówić o podwójnym przyjściu Ducha Świętego dlatego, że Duch Święty chce nawiązać z wami nową relację, która powinna zmienić wasze życie.

Spróbuję wytłumaczyć to za pomocą przykładu, obrazowo. Popatrzcie na wielkie, nowoczesne samoloty. We wszystkich znajdują się dwaj piloci. Obaj mają swoje miejsca i jeden i drugi dysponują wszystkim, co jest potrzebne, aby sterować samolotem. My jesteśmy podobni do takiego samolotu. Fotel pierwszego pilota jest w nim zajęty przez nasz rozum, który na naszą komendę np. porusza naszymi rękami: mój rozum wydaje polecenie mojej ręce, aby się poruszała. Ale jest w nas drugi fotel pilota, od chwili chrztu zajęty przez Ducha Świętego. Duch Święty jest jak drugi pilot. Drugi pilot pozwala pierwszemu działać, a od czasu do czasu służy mu pomocą. Od czasu do czasu Duch Święty daje wam dobre natchnienie, dobry pomysł, ale to wy sami pilotujecie wasz samolot. Dzięki sakramentowi bierzmowania w waszej duszy wydarzy się coś niesamowitego. Duch Święty powie wam wówczas: „Od dzisiaj ja jestem kapitanem, a ty jesteś drugim pilotem”.

Przyjrzyjmy się temu. Najpierw chciałbym wam powiedzeń, że dary, których udziela nam Bóg, zupełnie przewyższają nasze zdolności pojmowania. Nie potrafimy ich pojąć z pomocą naszych zmysłów, uczuć, a nawet rozumu, bo są zbyt wielkie. Potrzeba do tego wiary. Jednak Pan Bóg chciał, byśmy mogli choć trochę te dary poznać i dlatego ustanowił sakrament. Sakrament jest znakiem widzialnym, zmysłowym, odczuwalnym — możemy go zobaczyć, a nawet zrozumieć. I ten widzialny znak spowoduje w duszy dokładnie to, o czym świadczy, czego jest znakiem.

Spójrzcie, oto np. w chwili chrztu św. kapłan bierze nieco wody i polewa nią głowę chrzczonego mówiąc: „ja ciebie chrzczę”, czyli „ja ciebie obmywam”. W tym momencie, przez ten znak, następuje oczyszczenie i obmycie nas z grzechu. W chwili bierzmowania biskup jako znak bierze krzyżmo święte, święty olej, który jest mieszaniną oleju z oliwek i balsamu. Zobaczcie, co dzieje się z naszą skórą, jeśli namaścimy ją olejem. Olej bardzo delikatnie, w niezauważalny sposób przenika ją i odświeża. Podobnie Duch Święty przenika naszą duszę. Olej daje naszej skórze, naszemu ciału nową siłę. Olej odświeża je i regeneruje. To samo Duch Święty czyni z naszą duszą. Odświeża ją. Wzmacnia. Kiedyś oleju używano również jako paliwa do lamp. I tak samo Duch Święty będzie nas oświecać.

Biskup zanurzy swój palec w oleju krzyżma świętego i uczyni nim na waszym czole znak krzyża. W tym momencie powie do bierzmowanego: „znaczę cię znakiem krzyża”. To jest pierwsza część znaku, czyli sakramentu. I w tym oto momencie coś niesamowitego dzieje się w waszych duszach. Od tej chwili wasze dusze są oznaczone. Przyjmują znamię Ducha Świętego, a to znamię jest niezniszczalne — pozostanie na zawsze. Możecie, niestety, stracić łaskę uświęcającą, ale tego znamienia nie stracicie nigdy. To wspaniałe i musimy to jeszcze lepiej pojąć.

Po pierwsze, gdy znajdziemy się — jak mam nadzieję — w niebie, będziemy wówczas widzieć różnicę pomiędzy tymi, którzy noszą to znamię bierzmowania, a tymi, którzy go nie noszą. W niebie tych, którzy są naznaczeni znakiem bierzmowania, można porównać do wielkiego, jaśniejącego słońca, a tych, którzy są jedynie ochrzczeni, do świecącego księżyca. Dla duszy uszczęśliwionej znamię to jest jak korona, jak klejnot, który błyszczy na jeszcze większą chwałę Pana Boga. Natomiast, niestety, dla tych bierzmowanych, którzy idą do piekła, znak ten jest powodem wstydu i nieopisanej hańby. Przede wszystkim jednak znamię to zostało ustanowione dla nas tutaj, na świecie. Przez to znamię dzisiaj stajecie się żołnierzami Chrystusa. Co to znaczy? Spróbujmy to wyjaśnić.

Mówiłem już, że to znamię przenika nasze dusze, że je przemienia. Przemienia wasze dusze, abyście odtąd stali się narzędziami Ducha Świętego. Narzędziami inteligentnymi, rozumnymi, wolnymi. Dlatego otrzymujecie dzisiaj udział w życiu samego Pana Jezusa. Kościół uczy nas — choć jest to bardzo trudne do zrozumienia i dlatego niewiele się o tym mówi — że przez to znamię niejako uczestniczymy w unii hipostatycznej. To dzięki tej unii Jezus Chrystus jest najwyższym kapłanem. Unia hipostatyczna to zjednoczenie Chrystusa jako Boga i człowieka. Bóg jest Bogiem, a zarazem stał się człowiekiem. Pan Jezus, który jest zawsze Bogiem, zechciał stać się człowiekiem po to, aby nas zbawić. A zbawił nas jako kapłan. Kapłan, który składa ofiarę. A ofiarą, którą składa, jest On sam.

W religii katolickiej jest tylko jeden kapłan. To Jezus Chrystus. Zatem konsekwentnie, jeśli Kościół dokonuje przez swoich członków czegokolwiek, co przynależy kapłaństwu, to działa tam Jezus Chrystus. Są różne stopnie kapłaństwa, spośród których najwyższy posiadają ci, których we właściwym sensie nazywamy kapłanami, lecz uczestniczy się w tym kapłaństwie również w inny, skromniejszy sposób. I dlatego święci Apostołowie Piotr i Jan nie wahali się pisać o kapłaństwie wiernych. Jest ważne, abyśmy dobrze rozróżnili te dwa pojęcia, bo to w żadnym razie nie jest to samo. Niemniej jest prawdą, że przez chrzest św. każdy ochrzczony otrzymuje wielką potęgę, wielką władzę, a mianowicie możliwość zjednoczenia się z Chrystusem i oddawaniu przez Chrystusa doskonałej chwały Bogu. Ponieważ jesteście ochrzczeni, możecie rzeczywiście uczestniczyć we Mszy św.

Trzeba dobrze rozumieć, co to znaczy uczestniczyć we Mszy św. Kiedy kapłan składa Ofiarę na ołtarzu, to wówczas Kościół święty mówi wam, że to jest wasza ofiara. Dokładnie to kapłan mówi podczas Ofertorium, kiedy zwraca się do wiernych: „Módlcie się bracia, aby moją i waszą Ofiarę przyjął Pan Bóg Wszechmogący”. W tym momencie kapłan nie mówi o waszych malutkich ofiarach, ale mówi o Ofierze Chrystusa na Mszy. Wasza Ofiara! I to jest rzeczywiście wasza Ofiara, ponieważ dzięki chrztowi świętemu jesteście naprawdę zjednoczeni z Chrystusem Najwyższym Kapłanem. To nie wy jesteście ofiarnikami, lecz Pan Jezus przez tego kapłana, ale przez tę Ofiarę otrzymujecie od Jezusa Chrystusa moc zjednoczenia się z Nim i ofiarowania przez Niego Bogu Ojcu najdoskonalszej ofiary.

Spójrzcie, jeśli uczestniczycie teraz we Mszy, w Ofierze — przez to możecie oddać Panu Bogu nieskończony hołd, nieskończoną chwałę, o wiele większą niż tę ofiarę, którą moglibyście sami złożyć. Dzięki temu zjednoczeniu Jezus Chrystus daje wam swoją własną Ofiarę i możecie ją złożyć Bogu. Jest to uczestnictwo w kapłaństwie Pana Jezusa Chrystusa, ale oczywiście bardzo ograniczone. Wasze uczestnictwo w Ofierze Jezusa Chrystusa polega — tak uczy nas Kościół — na przyjmowaniu tych wszystkich darów, całej Ofiary Chrystusa, w waszych sercach. Najpierw, aby móc przyjąć te wszystkie nieskończone dary Pana Boga, musicie być naznaczeni znamieniem chrztu, bo jeśli nie, to bylibyście jak małe wiadro, które chce pomieścić górę. Oczywiście wiadro zostałoby całkowicie zmiażdżone. A [wyświęcony] kapłan tym się różni od was, że nie tylko przyjmuje, ale również przekazuje wiernym dary Boga.

Istnieją więc trzy znamiona: znamię chrztu, znamię bierzmowania i znamię kapłaństwa. Co stanie się w waszych duszach dzięki drugiemu znamieniu, czyli bierzmowaniu? Już wam mówiłem, że jest ono związane z kapłaństwem Pana Jezusa. A kapłaństwo Jezusa jest tylko po to, aby nas zbawić. I dlatego mówiłem wam, że przez to znamię otrzymacie uczestnictwo w misji Pana Jezusa Chrystusa Kapłana, która polega na zbawieniu dusz. W jaki sposób można zbawiać dusze? Pan Jezus rzekł Apostołom: „Idąc na cały świat, opowiadajcie ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16, 15). Zatem chodzi o dwie rzeczy: wiarę i sakramenty.

Właśnie mówiłem, że szafowanie sakramentów należy do kapłana, a do was uczestniczenie w tej misji przez wiarę. Wiarę przyjmujemy przez głoszenie, a jej przekazywanie — to znowu zadanie kapłana. Co więc zostanie dla bierzmowanego w dziele zbawienia dusz? To, co nazywamy wyznawaniem wiary. To znaczy, że mamy pokazać na zewnątrz, nie tylko zachować wewnątrz, ale pokazać ludziom naszą wiarę. Jak to zrobić? Na dwa sposoby: bezpośrednio, gdy rozmawia się z ludźmi o sprawach wiary. I możecie robić to na co dzień. Ludzie pytają o sprawy wiary, o sprawy religii, a waszym obowiązkiem jest im odpowiadać. Świadczyć o prawdzie. Najczęściej takie wyznawanie wiary nie rodzi żadnych problemów, ale czasem może grozić śmiercią. Taki właśnie sens mają słowa Jezusa Chrystusa o tym, że sam Duch Święty „o mnie świadectwo dawać będzie. I wy świadectwo dawać będziecie” (J 15, 26–27). Czy wiecie, jak po grecku brzmi słowo „świadek”? Martys, czyli ‘męczennik’. Tak właśnie Pan Jezus wam mówi: wy będziecie świadczyć o Mnie wobec świata. A świat tego nie lubi. I z tego powodu uczniowie Chrystusa cierpią. Święty Paweł idzie nawet dalej, pisząc, że wszyscy, którzy chcą świadczyć o Chrystusie, będą cierpieć. To przekracza ludzkie możliwości, dlatego potrzebujemy szczególnej siły. Duch Święty przychodzi, by was wzmocnić, dlatego Kościół używa słowa „żołnierz” — człowiek silny, człowiek, który ma moc.

Drugim sposobem publicznego wyznawania wiary jest działanie, czyn, czyli dobry przykład. Zobaczcie, od chwili waszego bierzmowania Pan Bóg będzie używał każdego waszego dobrego uczynku, aby przez niego dać wam i innym dar łaski. Spójrzcie, jak to się dzieje: wykonujecie dobry uczynek, ludzie wokół was widzą go i dotyka ich jakaś niewidzialna łaska, dzięki waszemu dobremu uczynkowi czują się zachęceni, by czynić podobnie albo i lepiej. Z tego powodu Kościół usilnie zachęca, abyście czytali żywoty świętych, bo ich przykład zachęci was do dobrego, do naśladowania ich. Dokładnie tego chce Duch Święty: chce was przemienić, chce was używać, aby uświęcać dusze, aby poruszać je waszym dobrym przykładem i zachęcić je w ten sposób, aby powróciły do Boga. Jedni przyjmują taką łaskę, inni odrzucają. I spójrzcie na tych, którzy odrzucają łaskę płynącą z waszego dobrego przykładu. Spójrzcie, jak oni reagują. Najczęściej będą was wyśmiewać albo obrażać, czasem nawet uderzą. I właśnie dlatego bierzmowany jest nazywany żołnierzem Jezusa Chrystusa. Zdobywanie dusz to walka. Proszę więc, byście się nie zniechęcali, jeśli starając się zbawić jakąś duszę, dostaniecie z tego powodu po głowie — to będzie bardzo dobry znak. Proszę, by wszyscy bierzmowani zrozumieli, że Pan Jezus połączy wasze życie ze sprawą zbawienia lub potępienia pewnej liczby dusz. On tak bardzo wam ufa, że powierzy wam zbawienie pewnej liczby dusz. On sam umarł za te dusze, płacąc wszystkie ich długi, ale teraz również was prosi, abyście podjęli jakiś wysiłek, żeby mogły zostać zbawione. Gdyby wszyscy chrześcijanie wypełniali swoje obowiązki, wówczas świat by się nawrócił. Niestety, zbyt często chrześcijanom brakuje wielkoduszności. Ale Pan Bóg mimo to zwyciężył, bo wiemy, że jest silniejszy, wszechmogący. Oto wielka tajemnica walki, do której prowadzi nas sam Pan Bóg.

Ale dzięki Panu Jezusowi widzimy, że to zwycięstwo przychodzi przez krzyż. Już za chwilę biskup naznaczy was znakiem krzyża Jezusa Chrystusa i wypowie te słowa sakramentu: „Wzmacniam cię (confirmo) krzyżmem zbawienia”. I po raz kolejny coś wielkiego stanie się w waszych duszach. Confirmo znaczy ‘uczynić solidnym, mocnym, silnym’. Co będzie wzmacniane, co stanie się solidne? Dokładnie to, co Pan Bóg rozpoczął w was podczas chrztu świętego. Przez chrzest staliście się dziećmi Bożymi. I nie jest to tylko piękny tytuł. To rzeczywistość. Tak! Naprawdę otrzymaliście życie samego Boga, drugie życie, życie nieskończenie większe niż nasze ludzkie; prawdziwe uczestnictwo w życiu Bożym. I dzięki temu zostaniecie uzdolnieni do czynów, które tylko Bóg może czynić. Bo przecież Pan Bóg jest nieskończenie większy aniżeli my, którzy przed Nim jesteśmy niczym. Pan Bóg kocha nas tak bardzo, że chce nas wywyższyć i wziąć aż do swego własnego porządku. Zobaczcie: On chce, abyśmy mogli przez całą wieczność oglądać Go takim, jak On widzi siebie, i miłować tak, jak On siebie samego miłuje.

Teraz mały przykład, byście to lepiej zrozumieli. Idziecie z psem na spacer, oglądając piękny zachód słońca. Gdy roztacza się przed wami taki wspaniały widok, wasze serca wypełnia podziw i chwalicie Pana Boga za tę feerię barw i za to piękno. Gdy widzicie coś niesamowicie pięknego, wspaniałego, to zapraszacie wszystkich wokół, mówiąc: „zobaczcie, jakie to piękne!”. A teraz powiedzcie swojemu psu: „piesku, zobacz!”. Pies nie zareaguje i nie okaże żadnej radości. Dlaczego? Przecież widzi. Ma oczy. Ale nie ma ducha! Piękno może dostrzec tylko duch. Tylko nasza inteligencja, nasz rozum dostrzegają harmonię i piękno barw.

Albo na przykład jakieś piękne malowidło. Stoimy przed takim dziełem sztuki ze swym psem i mówimy: „Popatrz, mój piesku, jaki ten obraz jest piękny”. Widzicie więc, że trzeba inteligencji, rozumu, aby dostrzec piękno i czerpać z niego radość. Ponieważ pies nie ma duszy nieśmiertelnej, nie jest w stanie dostrzec tego piękna i nie może się nim cieszyć. A między Bogiem a nami różnica jest o wiele większa niż między wami a waszym psem. Abyśmy mogli patrzeć na wspaniałość, szczęśliwość nieba, powinniśmy mieć serce i oczy samego Pana Boga. Dokładnie to daje wam On w chrzcie św., obdarzając was łaską uświęcającą. Tę łaskę możecie — jeśli nieszczęśliwie ją utraciliście — odzyskać w sakramencie pokuty, a przez każdy sakrament ta łaska wzrasta, powiększa się.

Dzisiaj otrzymujecie pełnię łaski uświęcającej. Tego uczy nas św. Tomasz [z Akwinu]. Niezbyt często mówi się o tym podczas nauk o bierzmowaniu. Wiele mówi się o darach Ducha Świętego, o łasce Ducha Świętego, o umocnieniu, ale o pełni łaski mówi się dosyć rzadko. Przez to, że otrzymacie dzisiaj obfitość łaski, również wszystkie wasze dobre uczynki i wasze cnoty, otrzymają ogromne wzmocnienie, ogromne powiększenie. Bardzo trudno to zrozumieć. Wyobraźcie sobie jednak, że w niebie różnica pomiędzy kimś, kto umarł tuż przed przyjęciem sakramentu bierzmowania a tym, kto umarł tuż po jego przyjęciu, jest niemal nieskończona. Gdy zatem teraz otrzymacie sakrament bierzmowania, będziecie mogli tutaj, na świecie, ale także przez całą wieczność kochać Pana Boga, chwalić Pana Boga, widzieć Pana Boga o wiele, wiele intensywniej niż wcześniej.

Możecie powiedzieć, że dostaliście już tak wiele darów, że macie dosyć. Pan Bóg jednak nie ma dosyć. Chce dać wam jeszcze więcej. I znów spróbujmy to właściwie pojąć.

Wyjaśnia nam to św. Paweł w Liście do Rzymian, pisząc, że „ci są synami bożymi, którzy Duchem Bożym są rządzeni” (Rz 8, 14). Aby być doskonałym dzieckiem i synem Bożym, nie wystarczą tylko te dary i te łaski, których Pan Bóg udziela przy chrzcie św. Oczywiście wystarczą, by pójść do nieba, ale Pan Bóg chce nam dać o wiele więcej. Chce, abyśmy byli prowadzeni przez Ducha Świętego. Dlaczego? Widzicie np. małe dziecko, które otrzymuje od swoich rodziców bardzo piękne narzędzie, bardzo drogocenne narzędzie o wspaniałych możliwościach. Wiemy przecież, że to małe dziecko nie będzie z niego doskonale korzystać. Znany przykład: dajecie dziecku najpiękniejsze wieczne pióro, najdoskonalsze na świecie i napełnione złotym atramentem. Dziecko zacznie nim rysować, ale jego praca nie będzie doskonała. To, co powstanie, nazwiemy „graffiti”. Można niestety powiedzieć, że najczęściej życie człowieka, życie chrześcijanina w świecie daje rezultat w postaci graffiti. Ale Ojciec niebieski oczekuje więcej od swoich dzieci. A tego nie możemy osiągnąć o własnych siłach.

Popatrzcie: Pan Jezus podczas kazania na górze, mając przed sobą tak wielu ludzi, nie wahał się powiedzieć im: „Bądźcie doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (Mt 5, 48). To jest przykazanie, to jest rozkaz Pana Jezusa. Bądźcie doskonali, jak Bóg jest doskonały. Jeśli powiedziałbym wam teraz, że jestem doskonały jak Bóg, pomyślelibyście, że oszalałem. Jeśli jednak Pan Bóg daje przykazanie, to daje również środki, aby to przykazanie wypełnić. I bierzmowanie daje wam środki, abyście mogli realizować to przykazanie. Dlatego ten sakrament nazywa się sakramentem chrześcijańskiej doskonałości.

Wiedzcie, że dzisiaj Pan Bóg daje wam wszystko, co będzie wam potrzebne, abyście stali się święci. Jak to się dzieje? Jeszcze raz spójrzcie na dziecko z piórem napełnionym złotym atramentem. Teraz przychodzi prawdziwy artysta, chwyta dziecko za rękę i prowadzi ją podczas rysowania. Jeśli dziecko da się prowadzić artyście, wówczas stworzy arcydzieło. To takie łatwe, bo działał tam artysta. A kto namalował obraz? Kto trzymał pióro? Dziecko. Ale nie samo. Artysta to Duch Święty. Dziś Duch Święty nie chce prowadzić tylko waszych rąk, lecz wszystko: rozum, wolę, ciało, zmysły… A dary, które otrzymujecie od Niego, przyjmujecie po to, aby być uległymi kierownictwu Artysty — Ducha Świętego, aby was prowadził, abyście doskonale rysowali. Możecie powiedzieć: to zbyt trudne, to nie może być prawda. Ale czy dla małego dziecka trudno jest dać się prowadzić ręce artysty? Nie. Np. Pan Bóg daje nam dobry pomysł, dobre natchnienie, aby odmówić jakąś modlitwę, pomóc bliźniemu, uczynić cokolwiek dobrego. Jeśli odpowiecie temu natchnieniu, jeśli będziecie mu posłuszni, to będziecie jak dziecko, które daje się prowadzić ręce artysty. Nie ma nic łatwiejszego.

Najważniejsze to oczywiście słuchać. Dostrzegać natchnienia, którymi Pan Bóg nas prowadzi. Dlatego musi zapanować cisza. Od czasu do czasu trzeba wołać, wzywać Ducha Świętego, aby mieć pewność, że tak się właśnie dzieje. Teraz, gdy już wiecie, jak wspaniałe rzeczy Pan Bóg chce uczynić każdemu z was, On przyjdzie, by udzielić wam wszystkiego, co ma, wszystkich swych darów. Chce was przemienić, abyście w oczach Bożych stali się o wiele piękniejsi. Święty Paweł mówi nam, że „za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu” (1 Kor 3, 18).

Te wspaniałe rzeczy przekraczają możliwości naszego pojmowania. Dzięki wierze przyjmujemy je, ale zobaczyć będziemy mogli dopiero w niebie. Wszystko to jednak prawda, więc gdy za chwilę zbliżycie się, aby otrzymać sakrament bierzmowania, przystąpcie z bardzo wielką wiarą i z bardzo wielkim pragnieniem. Powierzymy was Matce Najświętszej, którą nazywamy Oblubienicą Duch Świętego i która teraz działa, przygotowując wasze dusze, wasze serca, abyście godnie, coraz lepiej przyjmowali te dary. Będziemy prosić o łaskę nie tylko dla dziś bierzmowanych, lecz dla wszystkich pośród nas, którzy już otrzymali sakrament bierzmowania; o łaskę wierności, abyśmy byli ulegli natchnieniom Ducha Świętego, byśmy w naszych codziennych sprawach, w wykonywaniu obowiązków stanu zachowywali się nie jak dzieci tego świata — dzieci, które są oddane grzechowi i duchowi świata — ale jak prawdziwe dzieci Boże, które chcą we wszystkim podobać się Bogu i sprawiać Mu radość.

I tak na końcu naszego życia będziemy mogli otrzymać to, co Ojciec niebieski rezerwuje i przygotowuje dla swoich wiernych dzieci i przez całą wieczność uczestniczyć w Jego własnej szczęśliwości w niebie razem z Ojcem, Synem i z Duchem Świętym. Amen.

——————————————————————–

Za; http://news.fsspx.pl/