„Zapach mirry”

Czy wiesz, że ogień towarzyszy świętowaniu Znalezienia Krzyża chrześcijanom na Bliskim Wschodzie, a tradycja ta sięga samych początków tego święta?

Opowieść, która przeniesie Cię do bizantyjskiej Jerozolimy. Tam, wśród uliczek, pewien człowiek o imieniu Nerses desperacko szuka handlarza perfum. Musi go o coś zapytać…

Zapach mirry


Niechaj zło spadnie na moich przeciwników
i przez wzgląd na Twą wierność zniwecz ich!
Ps 54, 7

Aelia Capitolina, 383 r. n.e.

Tłum ciągnął w stronę Jeruzalem. Wydawało się, jakoby absolutnie żaden podróżnik, pątnik i handlarz Cesarstwa nie mógł w owym czasie w inne miejsce kierować kroków swoich. W tych dniach każdy wierny i katechumen pragnął ucałować święte relikwie krzyża i uczestniczyć w uroczystościach. Upamiętniać będą cudowne odnalezienie krzyża przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna.

Do Jeruzalem zjeżdżali się z całego cesarstwa biskupi, duchowni, diakoni, pustelnicy i wierni – mężczyźni i niewiasty. Zapełniały się domy i gospody, a na okolicznych polach wyrastały kolejne namioty. Oktawa świąt potrwa tutaj osiem dni. W tym czasie kościoły i serca zapełnią się błaganiami i uwielbieniem Boga. Święte rozważanie bożych tajemnic towarzyszyć będzie wszystkim chrześcijanom przebywającym w Jeruzalem. Uroczyste kazania odsłonią przed wiernymi kolejne misteria ich wiary. U niektórych wywołają łzy wzruszenia i wdzięczności, a innym każą paść na kolana i błagać Boga o zapomnienie grzechów.

Nerses wkroczył do gospody wciśniętej na koniec ulicy decumanus, przecinającej miasto od Wschodu do Zachodu. Rzucone monety zakołysały się na drewnianym stole. Zdawało się, że on jedyny w całym mieście ani myślał o ucałowaniu relikwii krzyża. Pochodził z biblijnego Sychem, zburzonego przez Rzymian i odbudowanego pod nową nazwą – Julia.

Neapolis, oddalonego od Jeruzalem o dwa i pół dnia drogi. Tam przyjął chrzest w latach swej młodości. Dziś jednak tłumy ludzi na wąskich uliczkach przyozdobionych szkarłatnymi girlandami jedynie go drażniły. Młody chłopiec, zapewne syn gospodarza, wskazał mu jego legowisko – szorstki siennik w ciemnym kącie zbiorowej izby gospody.

– Dziękuję – powiedział Nerses, a chłopiec szybko się oddalił.

Jakże w tym tłumie odnaleźć Libaniosa i jak najszybciej ruszyć dalej?

Sprawiedliwy się cieszy, kiedy widzi karę,
myje swoje nogi we krwi niegodziwca.
Ps 58, 11

Św. Helena przybyła do Jeruzalem 57 lat wcześniej. Dzięki jej synowi, cesarzowi Konstantynowi, już 13 lat przed jej przyjazdem w całym Cesarstwie panowała swoboda religijna i chrześcijanie nie musieli dłużej ukrywać swojej wiary. Wydany przez jej syna Edictum Mediolanense zakończył okres krwawych prześladowań, podczas których wielu chrześcijan dokonało żywota, na miejscach świętych stawiano pogańskie świątynie, Jerozolima została zniszczona, a następnie odbudowana przez okupanta. Już pod nową nazwą – Aelia Capitolina – wypędzono z niej wszystkich Żydów i tępiono chrześcijan. Nowy plan miasta poszerzył mury obronne i to wówczas Kalwaria znalazła się w obrębie miejskich murów. Zasypana kamieniami stała się miejscem czci bogini Wenus, a na najświętszym grobie Chrystusa cesarz Hadrian postawił świątynię Jowisza.

Helena przyjęła chrześcijaństwo w Konstantynopolu. Przybyła do Jerozolimy zasypanej gruzami na polecenie swojego syna i zleciła odkopanie spod sterty kamieni Grobu Chrystusa i skały Golgoty. Wówczas wybudowano pierwszą bazylikę – w miejscu grobu powstało okrągłe mauzoleum Anastasis. Obok niej wybudowano kościół Martyrium, który od Anastasis oddzielał niezadaszony plac. W jego rogu odsłonięto skałę Golgoty. Dawne modły do greckich bóstw powoli ulatywały w niepamięć, choć w cesarstwie nadal większość obywateli stanowili Grecy. Misją Heleny stało się odnalezienia krzyża, na którym umęczono na śmierć Jezusa Chrystusa.

I odnalazła go.

Trzy krzyże zrzucone były do dołu po cysternie i następnie zasypane kamieniami celem wyrównania terenu. Helena odnalazła to miejsce podczas odkrywania skały Golgoty i grobu spod skruszonych skał. Do krzyża nadal przybita była tablica z opisem winy Chrystusa

Król Żydowski.

Największą ulicą Aelii była Cardo Maximo prowadząca od północnej bramy miasta między domostwami, obok Anastasis i Martyrium – świątyni wybudowanej przez Konstantyna, a dalej obok forum aż do zachodniego wzgórza. W owe dni Cardo i wszystkie inne ulice były pełnymi ludzi zjeżdżających doń z całego Cesarstwa. Rozstawione stragany uliczne proponowały zamożniejszym przyjezdnym zdobny bisior i purpurę z dalekich krain. Ulice pachniały winogronami i owocami granatu. Przyozdobione zostały wszystkie okoliczne kościoły, pachnące bazylią, gotowe na uroczystości i długie godziny czuwań.

Główny wjazd do miasta znajdował się od północnej strony. Prowadziła doń droga z Damaszku. Przed bramą stała kolumna upamiętniająca Cesarza Hadriana – człowieka, który gotów był zniszczyć wszystkich i wszystko w imię krzewienia swych bałwochwalczych wierzeń. Miejscowi nazwali ten wjazd do miasta Bramą Kolumny. Otwierała się na główną ulicę Aelii – Cardo Maximo.

W owe dni jednak nikt już nie zwracał uwagi na kolumnę Cesarza Hadriana. Wrześniowe słońce paliło przechodniów nie pozwalając nawet unieść wzroku do góry. Światło odbijało się od jasnych murów miasta oślepiając przechodniów. Przyjezdni i miejscowi krzątali się u bram próbując jak najszybciej znaleźć się w cieniu ulic i domów. Pielgrzymi docierali doń ze łzami w oczach. Nie brakowało też parobków, którzy od bogatszych pielgrzymów odbierali zwierzęta juczne i prowadzili do miejskiej stajni oraz drobnych złodziejaszków i kobiet liczących na zarobek. Wypatrywały wśród tłumu kogoś, w kogo oczach bynajmniej nie widać było pobożności.

U Bramy Kolumny wśród tłumu krzątał się i przeciskał między pątnikami człowiek rozpytujący przechodniów o handlarza perfum, Libaniosa.

Niech wstyd i trwoga ogarną ich na zawsze,
niech będą pohańbieni i zginą!
Ps 83, 18

Nerses nie zważał na rany na stopach i palące słońce.

Julia Neapolis i jego życie jeszcze sprzed kilku miesięcy wydawało mu się dziś być jedynie snem. Nerses urodził się w rodzinie chrześcijan w prowincji Samarii. Wychował się w cieniu drzew oliwnych i słodkich nauk o miłosierdziu bożym, o którym tak często słyszał rozmowy swoich rodziców. Gdy był dzieckiem, w jego domu nigdy nie zabrakło soczystych owoców z miejscowego targu. Ta słodycz nijak się miała do piękna jego żony Kale. Miała kruczoczarne i bardzo kręcone włosy, które okalały jej pogodnie uśmiechniętą twarz. Zamieszkał z nią w domu wybudowanym na polach jego rodziców, u podnóża góry Gerizim. Każdego ranka budziło ich pianie koguta i śpiew ptaków. Gdy urodziła się ich córka, Kale pieściła ją do snu na kolanach i śpiewała kołysanki pełne miłości.

Nerses nie mógł tego znieść. To wszystko już nie istnieje. Po domu zostały zgliszcza, córka nie żyje, a Kale z piękności pełnej pogody ducha zamieniła się w chodzącą rozpacz.

Czy Nerses zasłużył sobie na tak potężną karę? Czy zaciągnięty dług pieniężny musiał spłacić ofiarując swoją największą miłość?

Wszystko zaczęło się, gdy do miasta przybyło dwóch handlarzy wonnościami. Libanios i Sabbas byli Asyryjczykam wędrującymi po całej prowincji Judei, Samarii i Galilei szukając kupców pachnideł. Obaj byli czcicielami Słowa, a ich wonności niosły ze sobą opowieści o odległych krajach, ze Wschodu i z Południa. Handlarze z zapałem opowiadali zainteresowanym o trudach pozyskania wonności nie zdradzając jednak nigdy tajemniczych receptur. Jeden przez drugiego mówili o kasji pozyskiwanej w Arabii wyłącznie z płytkich jezior otoczonych skrzydlastymi kreaturami. Niejeden śmiałek tracił życie lub co najmniej wzrok podejmując się zadania sprowadzenia rośliny do miasta. Wyznali, że absolutnie żaden człowiek nie wie, gdzie rośnie cynamon. Znajdują go jednak w gniazdach drapieżnych ptaków, które w dziobach przynoszą je z sobie tylko znanych miejsc i budują z nich swe gniazda. Labdanum z kolei rosło w równie tajemniczych miejscach. Pasterze wyczesywali wonną żywicę z sierści zabłąkanych
kóz.

Nerses zapomniał o świecie całym słuchając tych opowieści. Zapragnął kupić swojej żonie flakonik mirry. Olejek pozyskany został z wonnej żywicy drzew rosnących tylko w Abisynii. Pachniał tajemniczo i balsamicznie, jakby opowiedzieć chciał historię odległych stron i dzikich zwierząt skrywających się w cieniu kamfory. Nerses nie mógł doczekać się, aż ofiaruje perfum Kale i poczuje zapach pachnidła na jej oliwkowej skórze. Był jednak jeno drwalem, a z niemal pustej sakwy wyjął ledwie kilka monet. Ubłagał więc Libaniosa, by mógł spłacić flakonik później, a Kale okłamał, że te pieniądze był zaoszczędzone. Jakże cudowny był jej uśmiech! Uśmiechała się cała jej twarz – usta, policzki, i te ogromne, ciemne oczy. Olejek na jej skórze pachniał jeszcze piękniej, niż gdy Nerses po raz pierwszy powąchał go na przenośnym straganie Sabbasa.

Wstałam, aby otworzyć miłemu memu,
a z rąk mych kapała mirra,
z palców mych mirra drogocenna
– na uchwyt zasuwy.
Pnp 5, 5

Jednakże ta radość niedługo miała przynieść łzy.

Handlarze przyjeżdżali do miasteczka co kilka tygodni za każdym razem dopytując Nersesa o spłatę, jednak on nigdy nie był w stanie oddać nawet części długu. Pewnego dnia Sabbas przyjechał sam, rozpytując na forum o dom Nersesa. To było około godziny szóstej.

– Zalegasz ze spłatą już od czterech miesięcy! – krzyczał Sabbas u wejścia do ich domu. Kale wnet przyniosła z sypialni flakonik, w którym została jeszcze połowa wonnego olejku, próbując drżącymi rękami oddać go Sabbasowi, ale on oddalił się krzycząc jeszcze głośniej, że chce pieniędzy.

Sabbas przybył do ich domu nazajutrz rano, kiedy Nersesa już w nim nie było. Nie było też Kale, która była wyszła po wodę do pobliskiej studni. Była jedynie maleńka Ithmar śpiąca w drewnianej kołysce.

26 września świętowanie w Jeruzalem miało rozpocząć się nocnym czuwaniem przy Grobie Chrystusa, w Anastasis

– Libanios, handlarz perfum – dopytywał w gorączce Nerses każdego mężczyzny i niewiasty wychodzącego z miasta przez Bramę Kolumny – czy jest dziś w Aelii?

Niech zawsze stoją przed Panem
i niech On wykorzeni z ziemi pamięć o nim
Ps 109, 15

Najgorsze były noce. To właśnie nocami odzywały się w sercu najczarniejsze uczucia – rozpacz. Rozpacz była gorsza od gniewu i pragnienia zemsty. Noc spowijała czernią wszystkie zakątki miasta ustępując jedynie słabym płomykom oliwnych lamp. Nocą niemal słychać było wszędzie przeraźliwy płacz Ithmar.

Od jej śmierci Nerses nie przespał spokojnym snem ani jednej nocy. Po pożarze Nerses przybiegł pod dom, gdzie zrozpaczona Kale na przemian płakała i krzyczała. W powietrzu unosił się zapach dymu i spalonego drewna. Nersesowi zdawało się, że od tamtego momentu oni nadal tam stoją. On nadal nie dowierza temu, co widzi, a ona nadal rzuca się zrozpaczona na kamienistą ziemię. Wówczas ktoś po nich przyszedł i zabrał ich do domu jego rodziców. Tam się zatrzymali, ale tak naprawdę nadal stali przed swoim spalonym domem u stóp góry Gerizim. Ich dom. Ich słodki dom, spalony za jeden flakon perfum. Duszyczka Ithmar uleciała do nieba razem z dymem ognia trawiącym ławy, podłogi i skrzynie. Jakże musiała cierpieć!

Nerses upatrywał jedyną pociechę i nocne zajęcie w snuciu planów odnalezienia Sabbasa. Nigdy nie dowiedział się, skąd dokładnie pochodzi. Ale na pewno wiedział to Libanios. To on wskaże, gdzie Nerses będzie mógł odnaleźć Sabbasa. I zabić go.

Nerses przypomniał sobie jedną z rozmów z Libaniosem jeszcze w Julia Neapolis. Libanios i Sabbas stali przy drewnianym kramie, na którym rozłożyli flakony o różnych kształtach, kolorach i zapachach. Mówił, że na święto Krzyża przyjeżdża do Aelii z wonnościami. Duchowni kupują je do produkcji kadzideł i świętych olejków. Namaszczają nimi głowy wiernych i rozdają chorym do wcierania w owrzodzone części ciała. Libanios w tych dniach musiał pojawić się w Aelli.

W przeddzień świąt Nerses jednak nigdzie go nie znalazł. Na żadnym straganie ani w Bramie Kolumny nikt nie słyszał o przybyciu handlarza o takim imieniu. Kilku miejscowych kojarzyło go z lat ubiegłych zapewniając, że na pewno się pojawi. A jeśli nie?

Tamtej nocy nie tylko Nerses nie złożył głowy do snu. Liczni wierni już od wieczora uczestniczyli w nocnym czuwaniu, śpiewając hymny i Psalmy w Martyrium. Eremici przemykali nocą ulicami w kierunku świątyni unikając tłumów, żywiąc w sobie tęsknotę za pustynią. Nerses straciwszy nadzieje na sen, wyszedł z przytułku i skierował swoje kroki do Martyrium.

Do kościoła można było wejść bezpośrednio z ulicy Cardo Maximo. Przechodząc przez podcienie wchodziło się do szerokiej świątyni mogącej pomieścić setki wiernych. U bram stał diakon czuwając, by do Martyrium nie weszła żadna osoba nieznająca bożych tajemnic. Nerses potrafił wyrecytować wyznanie wiary nawet w koine, choć nie znał biegle tego języka. Fascynowała go jednak tajemnica świętych ksiąg Ewangelii, które tak chętnie kiedyś poznawał. Po tej fascynacji już niewiele zostało.

Również tutaj wierni nieznający greki modlili się po syriacku. Ich akcent różnił się od języka używanego w Samarii, jednak i tak rozumiał ich bez trudu. Świątynię wypełniały hymny i Psalmy śpiewane przez duchownych, diakonów i wiernych – mężczyzn i kobiety. Hałas i spiekota minionego dnia rozpływała się tutaj w modlitwach i anielskich melodiach pachnących kadzidłem. Kamienne mury otulały wiernych przyjemnym chłodem.

Nerses wsłuchiwał się w kobiecy głos śpiewający wraz z chórem diakonów responsoryjny Psalm. Jej delikatny głos przerywał co chwilę głęboki, twardy i zdecydowany męski chór. W jej głosie była łagodność i ukojenie. Potęga świątyni pogłębiała brzmienie tego śpiewu tworząc anielskie echo. Wydawało się, jakby mury i kadzidła śpiewały razem z nią tworząc zespolenie tego co widzialne z tym, co niewidzialne. Jej głos tak bardzo przypominał śpiew Kale.

Anielski głos, słodycz codzienności i łagodne promienie wschodzącego słońca. Tego życia już nie ma. To wspomnienie po raz pierwszy zamiast gniewu wywołało smutek. Czy życie może być znowu piękne? Czy Kale wybaczy mu kłamstwo? Czy wybaczy mu Bóg, jak już wyrwie Sabbasowi bijące jeszcze serce z piersi? Dlaczego? Dlaczego to wszystko spotkało właśnie nas? W czym sobie zasłużyliśmy na tak potworną karę? Czy Kale na to zasługiwała? I Ithmar?

 

 

 

 

 

 

 

Al ‘etró dbesme tobe
W rihe dmoron basimo
Nehwe moran dukhrono
L’anide mhaymne
Aylin dabhaymonuto
Ekhal faghrokh qadisho
Wishti ladmokh zakhuyo
Wa shkheb ‘al sabrokh

 

Przy słodkim zapachu kadzidła
I przy wonności krzyżma
Wspomnijmy, o Panie, na wiernych
Pielgrzymów wiary
Którzy spożywali święte ciało Twoje
I pili Twoją krew
I zasnęli w nadziei.

     Nerses czuwał do samego rana. Chłodna i twarda posadzka i ściana świątyni nie przeszkadzała mu, by w półśnie dotrwać do poranka. Śpiew wiernych blednął i łagodniał z każdą godziną. Każda zwrotka wydawała się wolniejsza od poprzedniej. Śpiew ustał jednak dopiero po porannej jutrzni. Słońce już rozlało się nad miastem od strony Góry Oliwnej. Nerses mógł rozpocząć swoje poszukiwania.

Zmiłuj się nade mną, Panie, bo jestem w ucisku,
od smutku słabnie me oko,
a także moja siła i wnętrzności.
Bo zgryzota trawi me życie,
a wzdychanie – moje lata.
Siłę moją zachwiał ucisk
i kości moje osłabły.
Ps 31, 10-11

Nerses rozpoczął od straganów głównej alei miasta, nie omijając żadnego zakątka Aelii. Ulice pachniały świeżymi owocami, szafranem i cynamonem. Nie brakowało handlarzy oferujących lecznicze mazidła i rośliny o dziwacznych kształtach posiadające uzdrawiające właściwości oraz pachnące olejki.

Aż w końcu na wąskich uliczkach wśród roztargnionego tłumu pojawił się płomyk nadziei. To było około godziny drugiej, gdy jeden z napotkanych mężczyzn powiedział, iż spotkał Libaniosa poprzedniego dnia wieczorem. Przyjechał do Aelii, gdzieś tu jest!

Z czasem jednak wąskie uliczki miasta powoli stawały się puste. Wszyscy chrześcijanie w Jeruzalem, pątnicy, duchowni i pustelnicy udawali się na oblację do Martyrium tak, że żaden chrześcijanin w mieście nie pozostawał wówczas w swoim domu. Na ulicach można było spotkać jedynie kilku Greków sprzedających w owe dni zdobne szaty, lniane suknie i perskie, jedwabne tkaniny o delikatnych haftach.

W przyciemnionej celi kapłana unosił się dymny i żywiczny zapach kadzideł. Towarzyszyła mu cicha modlitwa mamrotana szeptem przez duchownego zaabsorbowanego przygotowaniem pachnideł do świętego oficjum – dziś szczególnie uroczystego.

Wonną żywicę olibanum i oud pozyskano ze zranienia drzewa i sprowadzano z dalekich krain. Galbanum pozyskiwano z roślin w Palestynie, w jego zapachu krył się odcień świeżych traw. Każdy aromat niósł ze sobą cudowną opowieść o dawnych modlitwach przodków. Niektóre były słodkie, inne balsamiczne i korzenne, jeszcze inne przypominały zapach spalonego drewna. Unoszący się dym rysował w powietrzu tajemnicze obłoki, niemal wskazywał drogę do Chawili, Saby i Ofiru, krain przodków, których położenie dawno zostało zapomniane.

Budowę ołtarza i palenie nad nim wonnego kadzidła według boskiej receptury polecił Mojżeszowi sam Bóg. Spodobało Mu się, by całe Jego stworzenie oddawało Mu chwałę, zechciał, by rośliny i drzewa rodziły cudowne wonności, a następnie nauczył i polecił człowiekowi spalać je składając ofiarę. I tak człowiek wraz z całym stworzeniem może chwalić Boga tym, co najpiękniejsze. Ołtarz w Namiocie Spotkania miał być zrobiony z drzewa akacjowego i pokryty złotem. Brat Mojżesza, Aaron, miał rozpalać kadzidło rano i wieczorem po zapaleniu świątynnych lamp skrytych w Namiocie Spotkania. Rytuał miał być kontynuowany przez kolejne pokolenia również po dotarciu przez Naród Wybrany do ziemi Kanaan i po wybudowaniu świątyni tu, w Jeruzalem. Chmura dymu miała zasłaniać kapłanowi oblicze Boga, bo ujrzawszy je, z pewnością by umarł. I tak potomkowie Aarona przez wieki spalali ofiarne kadzidło przy ołtarzu Przymierza.

Jednym z nich był Zachariasz, któremu podczas służby anioł objawił nowinę o narodzinach jego syna, proroka, Jana Chrzciciela – jedynego z proroków, który spotkał Mesyasza, Chrystusa. I tak Stare Przymierze Spotkało się z Nowym.

Następnie Dobra Nowina zwiastowana przez Chrystusa Jego świadectwem, śmiercią i zmartwychwstaniem niesiona jest na krańce świata. Rozchodzi się po świecie niczym woń kadzidła, dla jednych staje się zapachem przyjemnym i miłym, a u innych, miłujących przyjemności świata, wzbudza wstręt.

Zapach kadzideł będzie unosił się w świątyni jeszcze długo po eulogiae kończących oficjum. Będzie wznosił się ku górze wraz z modlitwami wiernych.

Tamtego dnia święte oficja trwały bardzo długo. Wśród przybyłych wiernych, część znała jedynie koine, a część wyłącznie syriacki. Biskup miejsca znał co prawda syriacki, jednak głosił wyłącznie w koine, podobnie jak pozostali kapłani. Diakoni tłumaczyli jednak wszystkie czytania i homilie na syriacki. Przybyłym z Rzymu Słowo i homilię tłumaczono na łacinę w jednym z zakątków kościoła.

Nie tylko długość liturgii, ale również poruszenie zgromadzonych utrudniało Nersesowi poszukiwania Libaniosa. Płomienne homilie wygłaszało kilku duchownych po kolei. Jako ostatni miał głosić biskup. Następnie ze świątyni musieli wyjść wszyscy katechumeni, aby Jkontynuować święte misteria Eucharystii.

Nerses zrezygnował z dalszych prób przeciskania się przez tłum przy trzeciej homilii. Wtenczas postanowił usiąść pod jedną z kolumn na posadzce i zdecydował, że przeczeka aż do końca oficjum. Być może uda mu się znaleźć Libaniosa podczas późniejszej procesji do świątyni na Syjonie, który, według miejscowych przekazów, stoi na miejscu domu, w którym Chrystus ukazał się Apostołom po zmartwychwstaniu? Być może trafi na niego podczas pochodu na Górę Oliwną, a może w kościele Eleony stojącym na miejscu groty, w której Chrystus głosił nauki? Być może znajdzie go w świetle pochodni, które mają zapłonąć tej nocy wedle zwyczaju chrześcijan w całym cesarstwie?

Nerses nigdy jeszcze nie odwiedził Jeruzalem, choć opowieści o świętych miejscach znał od dziecka. Słyszał już o cudownych świątyniach Jeruzalem, pamiętających kroki zbawiciela sprzed trzech set lat. Pewnie gdyby nie tragedia, która spotkała jego rodzinę, przyjechałby tutaj oddać Bogu cześć za wszystkie błogosławieństwa, jakie go spotkały. Być może przyjechałby tu
z Kale. Być może wymodliliby syna.

     W kościele zapanowało pewne poruszenie. Jeden z kapłanów właśnie skończył homilii i oddawał miejsce kolejnemu.

     – To najlepszy mówca całej Palestyny – powiedział Nersesowi z wyraźną ekscytacji jeden z wiernych siedzących obok niego. – Czekałem na jego słowo.

     Nerses nie zareagował.

     – Bracia i siostry! – rozpoczął kapłan. – Dzisiejsza uroczystość przypomina nam o najwyższej ofierze, jaką za nas sam Bóg poniósł. Bóg, który postanowił pozwolić człowiekowi na poznanie konsekwencji swoich działań, jednak nade wszystko – z zemsty na człowieku za ludzkie grzechy zrezygnował. Dziś więc musim zadać sobie pytanie; czy godzi się chrześcijaninowi żywić pragnienie zemsty? – zapytał zachrypniętym głosem. Był stary i wyłysiały na czubku głowy. By utrzymać równowagę kurczowo chwycił się boków mównicy. Młody diakon odchrząknął i przełożył jego słowa na lokalne narzecze syriackiego.

Nerses zacisnął powieki i schował twarz w dłoniach. Nie chciał tego słuchać. Nie, nie przyszedł tu po to, żeby tego słuchać. Gdzie jest ten przeklęty Libanios?

– Są w życiu takie momenty, kiedy serce pragnie zemsty – mówił dalej kapłan patrząc po twarzach zgromadzonych. – To bardzo straszliwe… i bardzo prawdziwe uczucie. Zdaje się, jakby nic nie potrafiło go zatrzymać. Wielu z nas żywiąc w sobie żądzę zemsty doświadcza jednocześnie pewnego zawstydzenia. Znamy bowiem nauki chrystusowe i wiemy, że pragnienie zemsty to grzech ogromny. Dziś jednak chciałbym, abyście dostrzegli jeszcze jedno oblicze pragnienia zemsty. Bracia i siostry – żądza zemsty to przede wszystkim ciężar ogromny. Jest niczym dwie belki krzyża niesionego przez Chrystusa na Golgotę, które tej nocy ucałujemy świętym pocałunkiem. Pierwsza z nich to krzywda, która spotkała człowieka, często niezasłużona. Druga, która przeszywa ją na wskroś – nienawiść i pragnienie odwetu.

– Możesz pomyśleć, że nie spoczniesz, póki nie zaspokoisz tej zapalczywości. Nie zatrzymasz się, dopóki nie odpłacisz wrogowi za jego występek i nie wymierzysz sprawiedliwości. Myślisz, że tylko głupiec zdecydowałby się darować przewinienie. Pragnę więc zapytać – a co jeśli zemścisz się, a serce nadal nie spocznie? A co jeśli po drugiej stronie zemsty czeka na ciebie jedynie jakiś rodzaj satysfakcji, ale w żadnym wypadku nie głęboki pokój serca?

Nerses z otępieniem wbił wzrok w kamienną ścianę świątyni. Cóż on może wiedzieć – pomyślał. Te wszystkie nauki mają gdzieś swoje granice. Nerses znał to życie, w którym miały one swój głęboki sens. Tego życia już nie ma. Zniknęło wraz z cudownym i kojącym uśmiechem Kale. Niech on mówi co chce. Czegokolwiek nie powie, życia Ithmar nie zwróci.

– Bracia i siostry! W Modlitwie Pańskiej mówimy „Przebacz nam nasze grzechy jako i my przebaczamy”. Sami wymierzamy sobie miarę przebaczenia, jaką wybaczy nam sam Pan.

Ale to niesprawiedliwe! – zechciał wykrzyczeć Nerses. Chcąc zagłuszyć odruch okrzyku zagryzł ściśniętą pięść. O sromoto! Stracić dziecko… Za jeden flakon pachnideł!

– Choć czasem chciałoby się rzec… „Panie, który poniosłeś za nas najwyższą ofiarę, ofiarę śmierci krzyżowej. Panie, wybacz mi… bo wybaczyłem innym więcej, niż sam zawiniłem.”

Kapłan odczekał, aż ściany świątyni rozproszą echo jego ostatnich słów. Ta cisza podkreślała ich wagę.

– I jeśli jesteś w takiej sytuacji, jeśli to ciebie spotkała krzywda tak wielka, że przysłania z nawiązką wszystkie twe występki, a mimo to wybaczysz, to wiedz – nie tylko tobie wybaczy Bóg twe przewinienia. Wybaczy i twoje cierpienie ukoi! Albowiem nie jest tylko sprawiedliwym. Przede wszystkim – jest miłosiernym

Przez świątynię przemknęła iskra poruszenia. Słychać było głosy zawodzenia i aprobaty. Ktoś zapłakał, w kimś innym te słowa wywołały pobożne ożywienie. Nerses po raz pierwszy poczuł, że tam, na tym pogorzelisku istotnie przyjął na swoje plecy krzyż. Włożone miał do głowy, że zemsta jest grzechem i powinien się jej brzydzić. Jeśli jednak się jej nie brzydzi, staje się wrogiem Boga – był o tym przekonany. Dziś po raz pierwszy poczuł, że to pragnienie jest przede wszystkim przygniatającym ciężarem.

– Poznałem kiedyś człowieka, który powiedział mi, że pragnie wybaczyć, lecz nie potrafi – podjął kapłan. – Nosił się z zamiarem wybaczenia przez lat wiele, jednak nigdy nie opuściły go dręczące myśli o człowieku, który go skrzywdził. Nie zaznawał pokoju serca i nie potrafił uwolnić się od natrętnych myśli za każdym razem ulegając im. I choć modlę się do dziś o jego duszę, muszę przyznać, iż nie wiedział, od czego zaczyna się przebaczenie.

– Dlatego muszę powiedzieć tobie, siostro i bracie, od czego ono się zaczyna, a raczej, czym ono w istocie jest. Przebaczenie… to decyzja

Libanios zauważył w tłumie drwala z Julia Neapolis siedzącego na posadzce oparty o jedną z kolumn. Nie patrzył w stronę ambony, a nieobecny wzrok wbijał w ścianę. Widok Nersesa przywołał w jego głowie niechciane wspomnienia. Wiedział, że słowa homilii, które właśnie wypełniają świątynię, nie są skierowane do niego, gdyż żadne przewinienia innych wobec niego nie równają się temu, co sam wyrządził swojemu wspólnikowi, Sabbasowi. Wszystko przez chciwość. To przez chciwość nie oddał mu o czasie jego części zysku ze sprzedaży spikenardu. A przecież widział desperację w jego oczach. Wiedział, jak bardzo potrzebuje tych pieniędzy. Wiedział, że tylko pieniądze pozwolą Sabbasowi przekupić kogo trzeba, aby ułatwić swemu bratu ucieczkę z aresztu przed wykonaniem kary śmierci, na którą został niesłusznie skazany. Wolał jednak zachować pieniądze, aby kupić nowy towar po okazyjnej cenie i nie przepuścić szansy na większy zysk. Planował w końcu podzielić się tym zyskiem z Sabbasem. Ale już za późno…

     Libanios zamknął oczy, a po policzku spłynęła mu łza.

     Twoje emocje nie od razu podążą za decyzją mówił dalej kapłan do zgromadzonych. – Ta decyzja nada im jednak pewien nowy tor. Przestają być miejscem pragnienia zemsty, a stają się wówczas miejscem spotkania z pocieszającym Bogiem. Nie zapraszam cię dziś do tego, by udawać, że nic się nie stało. Nie próbuj zapomnieć – im bardziej próbujesz, tym bardziej prześladować cię będą koszmarne sny. Stań przed Bogiem, stań pod Jego krzyżem i wyznaj mu to. Wyznaj ten ból, wyznaj ciężar pragnienia zemsty. Wyznaj z jaką zapalczywością jej pragniesz i złóż to pragnienie u stóp samego Boga. Poproś, by je uleczył. Dziś zbliżysz się do świętego drzewa krzyża Chrystusa i ucałujesz go. Ale czy dasz Chrystusowi ucałować krzyż, który niesiesz ty?

I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg,
Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi;
oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność:
cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!
Iz 25, 9

Helena obiecała swojemu synowi, że po odnalezieniu krzyża świętego zaniesie mu wieść o tym poprzez znak ognia. Najpierw zapłonęły pochodnie Jerozolimy. Nie było wzgórza ipagórka między Świętym Miastem a Kontantynopolem, które nie zapłonęło ogniem niosącym wiadomość cesarzowi. Ogień był dla Konstantyna posłańcem, który oznajmił, że jego matka odnalazła relikwie krzyża.

Chrześcijanie Aelii zachowali tradycję ognia aż po dziś dzień. Wieczorem 27 września rozpalali paleniska i pochodnie odśpiewując hymny i Psalmy na cześć Pana. Każdy z nich podszedł w procesyi do krzyża wystawionego na stole nakrytym zdobną szatą. Wystawiony został w centralnej części świątyni, w obecności najwyższego biskupa. Diakoni czuwali wokół krzyża bacząc, by żaden z wiernych nie odłamał bądź nie odgryzł kawałka świętego drzewa. Po tej modlitwie gromadzili się na ulicach paląc ogniska i pochodnie, pozostając w świętej pobożności i modlitwie wśród migoczących świateł. Nieśli ze sobą zapach świętego myronu, którym biskup namaścił ich czoła w błogosławieństwie. Pachniał żywiczną mirrą, identycznie jak zapach, który unosił się w powietrzu krok za Kale.

Nerses spędził cały dzień na modlitwach i długich procesyach na Górę Oliwną. Słowa homilii nie dawały mu spokoju. Nie porzucając myśli o poszukiwaniach Libaniosa postanowił jednak odbyć całą drogę na Górę Oliwną do świątyni Eleony. Wieczorem zgromadził się wokół ognia z nieznajomymi. Jeden z nich ofiarował mu owoc granatu kontynuując rozmowę ze swoim kompanem. Słodycz owocu ukryta była w gorzkiej skórce. Przez kilka chwil Nerses smakował owoc rozmyślając o tym, jak często droga do tego, co najpiękniejsze prowadzi przez trudy i gorzki smak. Patrząc w ogień myślał o ostatnich słowach kapłana z homilii o przebaczeniu. „Panie, siłą Twojego krzyża umocnij tych ludzi” pomodlił się kapłan na koniec kazania. „Uwierz mi, bracie i siostro, że za tą decyzją i godzinami wypłakanymi u Boga na błaganiu o uzdrowienie, pewnego dnia prawdziwie wschodzi słońce. Przebacz bliźniemu, by uwolnić się od ciężaru. Tam, na końcu drogi będziesz nawet w stanie, nie negując krzywdy, jaka cię spotkała, pomodlić się za człowieka, który krzywdę ci wyrządził. Tam czeka na ciebie… upragniony pokój serca.”

     Czy jest jeszcze nadzieja na zaznanie pociechy? Czy można wybaczyć to, co niewybaczalne?

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.
Mt 11, 28

To była pierwsza noc od wielu miesięcy, kiedy Nerses zasnął spokojnym snem. Tłumy pątników w Aelii rozpoczynały kolejny dzień radosnego świętowania. Nerses był daleko od radości. Miał jednak wrażenie, że wstąpił do jednego z jej przedsionków – wewnętrznego wyciszenia. Poprzedniej nocy udał się do świątyni, by ucałować krzyż i dotknąć skały Golgoty. Złożył tam cały swój gniew. W końcu, po wielu tygodniach zapłakał i w tym płaczu wyznał Bogu, jak bardzo nienawidzi Sabbasa. Dopiero tam odkrył, że gniew trawił go bardziej, niż ból. Gniew jedynie tłumił ból, ale go nie uleczał.

Kiedy następnego dnia opuszczał Aelię przez Bramę Kolumny, nie miał ze sobą nic poza maleńkim płomykiem nadziei. Przed nim dwa i pół dnia drogi do Julia Neapolis. Nerses pragnął znaleźć się tam jak najszybciej.

Teraz liczyło się tylko jedno – wybłagać przebaczenie u Kale i opowiedzieć jej o tym, aby złożyła swój ból u stóp krzyża. Wiedział, że ona wpadnie mu w ramiona zanosząc się płaczem, a on po raz pierwszy nie odwróci się od jej łez, nie ucieknie od nich. To będzie początek nowej drogi. Nic nie cofnie tego, co się stało. Ithmar już zawsze pozostanie w ich sercach, nawet jeśli odbudują dom, nawet jeśli na świat przyjdą ich kolejne dzieci. Maleńkie przebłyski ukojenia były szybkie i bardzo krótkie, jak strzał z łuku, jednak płynęła od nich słodycz i światło, o które Nerses postanowił zawalczyć. Czuł, że Bóg pragnie utulić ten koszmar i zdjąć go z jego ramion. Każdy krok po kamienistej drodze utwierdzał Nersesa w tym błogim przekonaniu.

     – Kale… Jeszcze nie wszystko stracone.

Za: Nadesłane na pocztę – Sylwia HazbounDzisiaj w Betlejem- Listy z Betlejem 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: