O życiu św. Benedykta – Święty Grzegorz Wielki / Dialogi II księga

św. Grzegorz I - Mistrz Teodoryk, tempera na desce, ok. 1370 r._pl.wikipedia.orgśw. Grzegorz Wielki –  Biograf św. Benedykta pl.wikipedia.org

Niewiele wiemy tak naprawdę o życiu św. Benedykta.

Jedynymi źródłami do poznania jego biografii są napisana przez niego Reguła oraz Druga Księga Dialogów papieża Grzegorza Wielkiego (zm. 604 r.).

Św. Grzegorz rozpoczął karierę jako prefekt miasta Rzymu, jednak jak wielu rzymskich arystokratów uległ urokowi życia monastycznego i wycofał się z życia publicznego, który założył we własnym domu w Rzymie.

— Około 579 r. papież Pelagiusz II wyświęcił go na diakona i posłał z misją dyplomatyczną do Konstantynopola. Po śmierci swego protektora został wybrany na jego następcę.

Pontyfikat Grzegorza przypadł na trudne czasy w dziejach Italii. — Musiał stawić czoła nie tylko problemom kościelnym, ale także troszczyć się o zachowanie pokoju z pustoszącymi Italię Longobardami. — Za czasów Grzegorza Wieczne Miasto nawiedziła straszna zaraza.

Pomimo licznych trosk Grzegorz zachował żywą sympatię dla życia monastycznego. Propagował je w swoich pismach, posłał także mnichów z misją ewangelizacyjną do Brytanii.

Pod opiekę Grzegorza schronili się również mnisi ze zniszczonego przez Longobardów klasztoru na Monte Cassino.

— Zapewne oni właśnie przekazali mu informacje na temat św. Benedykta, które Grzegorz zapisał w Drugiej Księdze swoich Dialogów.

_______________

Był mąż, z łaski Bożej i z imienia „Bło­go­­sławio­ny” (Benedictus), którego życie prze­peł­nia­ła świę­tość.

Od dzieciństwa miał serce doj­rza­łe i wy­ra­sta­jąc da­leko ponad swój wiek cno­tami nie zaprzedał swo­jej duszy żadnej roz­ko­szy. A choć ży­jąc jeszcze na ziemi mógł przez czas pewien swobodnie ko­rzy­s­tać ze świa­ta, wzgardził nim i jego kwiatami, jakby już wszystkie uwiędły.

Pochodził ze szlachetnego rodu, z prowincji Nur­sji. — Stąd został posłany do Rzymu, gdzie stu­dio­wać miał sztuki wyzwolone.

Kiedy jed­nak spostrzegł,  — jak wie­lu spośród jego towa­rzy­szy studiów wpada w prze­paść występków, cof­nął nogę, którą już nie­ja­ko postawił na pro­gu świata.

— Obawiał się bowiem, że gdy­by za­kosz­tował coś niecoś z jego nauk, mógłby łatwo stoczyć się cały w otchłań bezdenną.

Po­rzu­cił za­tem studia, zostawił dom i majątek oj­cowski, a prag­nąc tylko Bogu się podo­bać, wy­ruszył na po­szu­kiwanie habitu, który by sam wskazywał na świę­ty sposób życia.

Od­szedł zatem pełen wiedzy, choć bez wy­kształ­ce­nia, nieuczony, lecz wiedziony przez mą­d­rość.

Nie   znam   całej   jego  historii, — a tę skrom­ną część, którą z niej opowiadam, zawdzię­czam czterem spo­śród je­go uczniów.  —  Są to:

— Kon­stantyn,  —  mąż wiel­ce czci­god­ny, po nim kie­ru­jący klasztorem,

— Walen­ty­nian, —  sto­ją­cy przez wie­le lat na czele kla­szto­ru na La­tera­nie,

— Sym­plicjusz, — trzeci z kolei opat jego wspól­no­ty, wresz­cie

— Honorat,  — który dzisiaj jeszcze rzą­dzi tym do­mem, w jakim Benedykt zaczął swe ży­­cie za­kon­ne.

Kiedy zatem Benedykt porzuciwszy już stu­dia pos­tanowił udać się na pustkowie,  —  to­wa­rzyszyła  mu tyl­ko jego piastunka, — która go naj­tkliwiej kochała.

Przy­byli   do  miejsco­wości zwa­nej Effide,  — a skoro wie­lu czcigodnych mężów namawiało ich tam przy­jaź­nie do po­zos­ta­nia, — zatrzymali się przy kościele św. Piot­ra.

Pias­tunka  Benedykta pożyczyła wówczas od są­siadek przetak do przesiewania pszenicy i nie­os­troż­nie zostawiła go na stole.  —  Nieszczę­śli­wy przy­pa­dek sprawił, że stłukł się on i roz­bił na dwa kawałki.

— Wkrót­ce wróciła piastun­ka, a zobaczywszy,  co się sta­ło, — zaczęła płakać pełna rozpaczy, że oto stłukło się na­czynie, któ­re jej pożyczono.

Benedykt   zaś,   mło­dy   człowiek   i   pobożny,   i   do­bry,  nie mógł patrzeć spo­kojnie na rozpacz swej pia­stun­ki, tak bardzo jej współ­czuł.

Za­brał więc oba ka­wał­ki przetaka i począł mod­lić się usilnie, ze łzami.

— Kie­dy zaś pows­tał po modlitwie, znalazł obok siebie na­czynie całe, tak że nie sposób było doszukać się na­wet śladu pę­knięcia.

Czym prędzej więc pocieszył ser­decznie pias­tunkę,  oddając jej nienaruszony prze­tak, który po­przed­nio zabrał rozbity.

W okolicy hi­sto­ria ta roz­e­szła się szeroko i wzbu­dziła tak wielki po­dziw, że miesz­kańcy wsi zawiesili ów przetak przy wej­ściu do koś­cio­ła, aby wszyscy wówczas, —  a także i w przy­sz­łych pokoleniach,

— wiedzieli, jak wielką doskona­łość osią­gnął młody Benedykt już na samym pro­gu życia monastycznego.

I przez wiele lat moż­na by­ło oglądać ten przetak, który wisiał nad drzwiami ko­ścioła,  aż do na­jazdu Lon­go­bar­dów.

Benedykt   pragnął   jednak   zakosztować   ra­czej   cier­pień tego świata niż jego pochwał, —  wo­lał trudzić się pra­cując dla Boga,  niż korzys­tać z przychylności lo­su.

Uciekł   więc   potajem­nie   pozostawiając   swoją   pias­tun­kę   i znalazł so­bie na pustkowiu miejscowość us­tron­ną,

—  któ­rą nazywano Sublacus (Subiaco), mniej wię­cej czter­dzieści mil odległą od Rzymu, bogatą w wo­dy zim­ne i bardzo czyste.

 —  Wód jest tych ta­ka obfitość, że gromadzą się naj­pierw w wielkim je­zio­rze, z którego wypływają na­stęp­nie jako rze­ka.

Kiedy   Benedykt tam właśnie w ucieczce po­dą­żał, —  spotkał go po drodze pewien mnich imie­niem Ro­manus i zapytał, dokąd idzie.

A poz­nawszy jego pra­gnienie, nie tylko do­cho­wał tajemnicy, lecz uży­czył także pomocy.

—  On  to dał Benedyktowi habit bę­dą­cy symbolem ży­cia świętego, jak również,   —  na ile mógł,  —  służył mu zawsze.

St Benedict of Nursia - Jean de Court II-Walters_imgkid.com

St Benedict of Nursia – Jean de Court II-Walters/imgkid.com

Mąż zaś Boży, skoro przy­był już do wybranego miej­sca, znalazł tam sobie bardzo   ciasną pieczarę, gdzie mieszkał przez trzy la­ta, — a oprócz mnicha Ro­ma­nusa,  —   nikt o nim nie wiedział.

Romanus  ten żył w niez­byt odległym kla­szto­rze pod władzą opata Adeo­data.

Bez wie­dzy swego opa­ta, kierowany mi­łoś­cią, wy­my­kał się w pewnych dniach na godziny, by za­nieść Benedyktowi chleb, któ­ry zdołał za­osz­czę­dzić z własnego pożywienia.

Z kla­sztoru nie było żad­nej drogi do pieczary Be­ne­dy­kta, po­nie­waż wzno­si­ła się nad nią bardzo wysoka ska­ła.

—  Romanus zwykł zatem przywiązywać chleb do dłu­giego sznura przymocowanego   na   szczy­cie owej ska­ły. —  Do tegoż sznu­ra przycze­pił także   mały  dzwo­ne­czek, by słysząc je­go dźwięk,  mąż Boży wiedział, kie­dy mu Romanus chleb przynosi, i wyszedł go za­brać.

Wszelako od­wiecz­ny wróg pozazdrościł je­dne­mu miłości, dru­gie­mu zaś pokrzepienia  —  i kiedy pe­wne­go dnia spostrzegł chleb spuszczony z góry, rzu­cił kamień i rozbił dzwo­neczek, 

—  lecz Romanus wów­czas również nie przes­tał służyć Benedyk­towi w taki spo­sób,  jaki był mu dostępny.

Bóg   wszechmocny   zechciał   jednak   dać   w  koń­cu Ro­manusowi odpoczynek   po   jego tru­dzie i za­ra­zem uka­zać życie Benedykta lu­dziom,  jako przykład do na­śladowania,

— aby świat­ło rozbłysło na świe­czni­ku i oświe­ciło wszyst­kich przebywających w domu Bo­żym.

Pe­wien kapłan, który mieszkał nawet dość da­le­ko, przygotowywał właśnie sobie posiłek na świę­to Pas­chy, kiedy Pan raczył mu się obja­wić i rzekł do niego:

—  „Ty dla siebie szykujesz ucztę, a tam oto mój słu­ga głód cierpi”.

Kap­łan ów na­tych­miast się zerwał i w sam dzień Święta Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc) — wy­ru­szył we wska­za­nym kie­runku zabierając jedzenie, któ­re dla siebie przy­gotował.

Szukał męża Bożego wspi­nając się po ska­łach, schodząc w doliny, zapuszczając się w roz­pad­liny ziemi, aż znalazł go wresz­cie, ukrytego w pieczarze.

— Pomodlili   się   razem,  po czym usiedli bło­go­sła­wiąc Pana wszechmogącego.

A po krze­pią­cej roz­mo­wie o życiu duchowym ów kapłan, który przy­szedł odwiedzić Benedykta, powie­dział:

—  „Wstań, po­sil­my się, bo dzisiaj jest Święto!”

a mąż Boży na to:

— „Is­totnie, jest to święto, skoro dane mi było cię zobaczyć”.

Żył   bowiem   na   tak   całkowitym odludziu, iż nie wiedział nawet, że dzień ten był Świętem Zmartwychwstania.

A czci­godny przybysz potwierdził raz jeszcze:

— „Na­pra­wdę  dzisiaj jest Święto  — Święto Zmar­twych­wstania Pańskiego.

Zgoła nie   przystoi   ci   dzi­siaj   po­ścić,   —   gdyż   i   ja   po   to   właśnie zostałem   przy­sła­ny,   byś­my   razem   mogli   posilić   się   darami   Boga Wszechmo­gące­go”.

Błogosławiąc zatem Pana spożyli przy­nie­sione jedzenie.

— A gdy ukończyli i posiłek i roz­mo­wę, kapłan powrócił do swojego kościoła.

W   tym  samym czasie również pasterze spot­kali ukry­wającego się w pieczarze Bene­dyk­ta.

— A uj­rzaw­szy go w zaroślach, odzianego w skó­ry, myśleli po­cząt­kowo, że widzą jakie­goś zwierza.

Ale   gdy  poz­na­li sługę Bożego, —  wie­lu z nich zmieniło swój zwie­rzę­cy sposób ży­cia na życie w łasce pobożności.

Za­czę­to o nim mó­wić w całej okolicy i tak się stało, że od te­go czasu odwiedzali go ciągle liczni lu­dzie, którzy do­starczali mu pożywienia dla cia­ła, sami zaś z ust je­go otrzy­my­wali i w ser­cach swoich unosili pokarm duchowy.

———————-

Redakcja tekstu:  emjot

za stroną: benedyktynki-sakramentki.wroclaw.pl   — Święty Grzegorz Wielki; Dialogi II księga

UWAGA! — z tekstu usunęłam wielokrotnie powtarzający się judaizm „pascha”!!! na określenie Święta Wielkiejnocy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: