Żywot i cuda św. o. Benedykta – św. Grzegorz Wielki, Papież

benedykt

O kruku i zatrutym chlebie

1. Grzegorz: Święte to miejsce stało się jakby ognis­kiem miłości Boga naszego, Pana Jezusa Chrystusa,  a  żar  jego  sięgał szeroko i daleko.  Wielu  porzucało ży­cie świeckie pod­dając kark serca swego pod lek­kie jarzmo na­szego  Odkupi-ciela.   Inni  jednak  zwykli zaz­droś­cić innym dobra cnoty,  choć  sami go mieć nie pragną.  Kapłan  pobliskiego  kościoła, imie­niem Flo­rencjusz, dziadek na- szego subdiakona Flo­ren­cju­sza,  uległ złośliwym namowom od­wiecz­ne­go wro- ga.   Po­czął on zazdrościć święte­mu mężowi jego gor­li­woś­ci,  zniesławiać  jego spo­sób życia i powstrzy­my­wać od odwiedzania go wszystkich,  których zdołał prze­konać.

2. Kiedy zaś spostrzegł,  że  nie  może mu prze­szkodzić iść naprzód  i że sława jego świę­tości na­dal wzrastała a rozgłos ten przyciągał stale nowych ka­ndyda tów do stanu życia bar­dziej doskonałego,  zże­rała go zawiść coraz większa, aż opanowany przez nią bez reszty stał się jeszcze gorszy. Pragnął bo­wiem poch­wał,  jakie zdobywał Benedyktowi jego sposób życia, lecz nie chciał prowadzić życia godnego po­chwały. Zaślepiony mrokiem zawiści doszedł do tego, że słu­dze Boga  wszechmogącego  po­słał chleb zatruty, jako chleb poświęcony.  Mąż Boży  przy­jął  dar  z  podziękowaniem,  lecz nie ukryła się przed nim ukryta w  chlebie zguba.

3. W  godzinie po­sił­ku przylatywał zazwy­czaj kruk z pobliskiego lasu  i  dos­ta- wał chleb z ręki Benedykta.  Gdy jak zwykle przy­leciał, mąż Boży rzucił mu ów chleb przysłany przez kapłana Florencjusza i polecił:

„W imię Pana na­szego Jezusa Chrystusa zabierz ten chleb i rzuć go w ta­kim miejscu, gdzie nikt go nie znajdzie!” 

Wów­czas kruk otworzył dziób,  a  roz­postarłszy skrzydła  za­czął skakać wokół chleba kracząc,  jakby  pragnął po­wie­dzieć, że  chce być posłuszny,  a przecież rozkazu wy­peł­nić nie może. Mąż Boży powtarzał mu wie­lo­krot­­nie:

„Weź, weź, nic ci się nie stanie! i rzuć go tam, gdzie nikt nie znajdzie”.

Wresz­cie,  po  długim  wa­haniu  kruk się zdecydował, podniósł chleb dzio­bem i odleciał. Po trzech zaś go­dzi­nach powrócił już bez chleba i z ręki męża Bo­że­go otrzymał swój zwy­kły pokarm.

4. A święty Ojciec,  widząc,  że  ów  kapłan  pło­nie żądzą pozbawienia go życia, więcej  o  nie­go się martwił niż o siebie.   Natomiast  ówże  Florencjusz,  zawie-dziony, że nie zdołał zabić ciała mistrza,  starał się teraz usilnie zgubić dusze jego uczniów.

Do ogrodu należą­cego do klasztoru Benedykta wprowadził sie­dem nagich mło dych  dziewcząt,  które  wobec  mni­chów  ująwszy  się  za  ręce długo przed ich oczami tańczyły, aby rozpalić w ich sercach złe żądze.

5. Święty mąż widział to ze swojej celi, a lękając się upadku swych niezbyt jesz cze doj­rzałych uczniów i rozumiejąc,  że w tym wszystkim chodzi tylko o  szko dzenie jemu sa­me­mu, ustąpił miejsca zawistnikowi.

Wszy­stkie  klasztory,  które  zbudował, zorganizował teraz w ten sposób, że w  każdym  na  czele  wspólnoty  braci postawił jednego przeora,  a za­brawszy ze sobą tylko nielicznych mni­chów przeniósł się gdzie indziej.

6. Zaledwie jednak mąż Boży pokornie ustą­­pił przed nienawiścią,  a  już wsze- chmocny Bóg poraził Florencjusza straszną karą.   Kiedy bo­wiem stojąc na ta- rasie rozkoszował się wia­do­moś­cią o odejściu Benedykta, taras ów, na któ­rym stał,  zapadł  się  nagle,  choć  cały dom poza tym pozostał nienaruszony. I tak nie­przyjaciel Benedykta znalazł śmierć pod gru­zami.

7. Ponieważ zaś czcigodny Ojciec nie zdążył jeszcze ujść nawet mil dziesięciu, jeden z je­go uczniów, również zwany Maurem, uznał,  że na­leży pobiec za nim natychmiast. „Wracaj”, za­wo­łał, „bo zginął kapłan, który cię prześla­dował”.

A mąż Bo­ży Benedykt,  słysząc to,  po­grą­żył  się  w  wielkim  ża­lu  i dlatego,  że umarł  jego  nieprzyjaciel,  i  dlatego,  że  z  tej  śmierci  cieszył się jego własny uczeń. Ucz­nio­wi na­ło­żył również pokutę za to,  że  przycho­dząc z ta­ką wiado-mością śmiał radować się zagładą wro­ga.

8. Piotr:  Przedziwne  i prawdziwie zdumie­wające rze­czy opowiadasz!  W  wo- dzie bowiem, która wy­trys­nę­ła ze skały,  widzę  dzieło  Mojże­sza, w że­lazie wy- pływającym z głębiny – Elize­usza, w chodzącym po wodzie rozpoznaję Piot­ra, w tym, komu kruk jest posłuszny   –   Eliasza, w tym zaś, kto płacze nad śmier- cią nie­przyja­ciela – Dawida.  Jak są­dzę, mąż ów napełnio­ny był duchem wszy- stkich spra­wiedliwych.

9. Grzegorz: Piotrze, ów sługa pański, Be­nedykt,  miał w sobie Ducha Tego Je- dynego,  który udzielając nam łaski zbawienia napełnia serca wszystkich  wy­bra­nych. O Nim to mówi Jan:

Była światłość pra­w­dzi­wa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

O Nim także dalej na­pi­sał:   —  Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali.

Święci Pańscy od Boga mieli moc czynienia cu­dów,  lecz  nie  mogli  przekazy- wać jej komu innemu.   Pan  zaś  wiernym  dał znaki swej potęgi, a swoim wro­gom obiecał znak Jonasza.  Raczył umrzeć wobec pysz­nych i zmartwychwstać wobec pokornych,  aby  i  ta­mci  poznali, czym wzgar­dzili, i ci ujrzeli, jak god­nym czci jest Ten, kogo kochają. I tajemnica ta spra­wiła, że tam, gdzie pyszni widzą tylko poniżenie śmier­ci, pokorni znaleźli chwałę,  która śmierć zwy­cię- ża.

10. Piotr:  Proszę, opowiedz mi teraz, dokąd udał się mąż święty i czy zdziałał jeszcze inne cuda.

Grzegorz: Święty mąż udając się w inne okolice, zmie­nił jedynie miejsce poby tu, ale nie wroga.  Mu­siał nawet toczyć zmagania tym cięższe,  że przeciw nie­mu walczył teraz już otwarcie sam mistrz zła.

Mias­teczko zwane Cassinum  leży  na  stoku  wysokiej góry, która użyczyła mu w  swoim  zboczu  wgłę­bie­nia,  sama  zaś  wznosi się jeszcze ponad nim na trzy ty­siące kroków, jakby godząc swoim szczytem w niebo.

Sta­ła tam bardzo stara świątynia,  w  której  nie­oświe­ceni wieśniacy zachowu- jąc pogańskie zwyczaje czcili na­dal Apollona. Dookoła także pełno było gajów po­świę­conych demonom, gdzie mnóstwo szalonych po­gan składało im obraża jące Boga ofiary.

11. Mąż Boży, gdy tylko tam przybył, zaraz rozbił posąg boż­ka,  przewrócił  oł- tarz, podpalił gaje.   W  samej  świą­ty­ni Apollona urządził ka­pli­cę pod wezwa- niem św. Mar­cina,  tam zaś, gdzie stał ołtarz Apollona, zbu­do­wał kaplicę pod wezwaniem św. Jana,  a  ustawicznie  na­uczając  zachęcał okolicznych miesz-kańców do przy­jęcia prawdziwej wiary.

12.  Odwieczny  wróg  nie  zniósł  tego w mil­czeniu i już nie potajemnie ani we śnie,  lecz  cał­kiem  otwarcie uka­zał się oczom Ojca.  Krzy­cząc  głośno skarżył się, że gwałt mu się dzieje, tak że głos jego nawet i bra­cia słyszeli,  chociaż nie widzieli nikogo.

Czcigodny Oj­ciec mówił swoim uczniom,  że  cielesnym  jego  oczom  uka­zywał się ów wróg odwieczny w postaci wiel­ce szkaradnej,  cały w ogniu, a płomienie wycho­dzące z jego ust i oczu zda­wały się godzić w niego.

Co zaś krzyczał, to już słyszeli wszys­cy. Najpierw wołał Benedykta po imieniu, a kiedy mąż Boży nic mu nie od­po­wia­dał, zaraz obrzucał go obelgami.

Zaczynał bowiem krzy­czeć:  —  „Benedykcie! Benedykcie!”, a kiedy nie do­sta- wał  odpowiedzi,  natychmiast  wołał  dalej:  —  „Prze­klę­ty (Maledicte),  a  nie błogosła­wiony (Benedicte), po co wtrącasz się do mnie?  Dlaczego mnie prze­śla­du­jesz?”

13.  Nie  na  tym  jednak  koniec  zmagań  sługi Bożego z od­wiecznym wrogiem, który z włas­nej woli wciąż na nowo staczając walki z Be­nedyktem, wbrew swej woli dawał mu ciągle okazję do zwycięstwa.

O niespokojnym mnichu

rule_st_benedict_wide

1.  W  jednym  z  owych  klasztorów,  jakie  Benedykt wo­kół pobudował, był pe- wien mnich, który nie mógł wy­trwać spokojnie na modlit­wie. Skoro tylko bra­cia po­chylali się pogrąża­jąc w modlitwie, wychodził za­raz na zewnątrz, a my- śląc o wszystkim i o niczym zaj­mował się jakimiś sprawami ziemskimi  i prze­mi­ja­jącymi.

Jego opat wielokrotnie go upominał, wresz­cie zaś przyprowadził do męża Bo- żego,  który rów­nież zganił ostro jego głupotę.  Powróciwszy do swe­go klaszto- ru mnich ów zaledwie przez dwa dni prze­strze­gał zaleceń Benedykta, lecz już trzeciego  po­wró­cił  do  dawnych przyzwyczajeń  i zaczął znowu włó­czyć się w czasie modlitwy.

2. A kiedy ojciec tego klasz­toru, wyznaczo­ny po­prze­dnio przez Benedykta, do­ niósł mu o tym, sługa Bo­ży powiedział:   —  «Przyjdę i sam go uleczę».

Przybył zatem mąż Boży do owego klaszto­ru. 

A  gdy  w  oznaczonej  godzinie,  po zakończe­niu psal­mo­dii,  bracia  oddali się modlitwie,  ujrzał,  jak  tego właś­nie mnicha,  który nie mógł wytrwać na mod­lit­wie,  jakiś  czarny  człowieczek  wyciąga  za  drzwi, uchwy­ciwszy go za brzeg habitu. 

Wówczas  rzekł  ci­cho  do Pom­pejana,  ojca tegoż klasztoru, i do sługi Bo­żego, Maura:  — „Czyż nie widzicie, kto to tego mni­cha wyciąga za drzwi?”

Oni mu odpowiedzieli:  —   „Nie”.

Na to Benedykt:   —  „Módlmy się,  abyście i wy zo­baczyli,  za  kim ten mnich idzie”.

Modli­li się przez dwa dni  i wówczas mnich Maur zobaczył,  Pom­pe­ja­nus  zaś, ojciec tegoż klaszto­ru, nic nie mógł ujrzeć.

3. Nas­tępnego więc dnia, po zakończeniu mo­dli­twy, kie­dy mąż Boży wyszedł z orato­rium  i  znalazł  sto­ją­ce­go  na  zewnątrz mnicha wychłostał go rózgą, aby wy­leczyć  z zaślepie­nia serca.  Od owego dnia czar­ny czło­wieczek nie mógł już go do niczego na­kło­nić.

Mnich  pozostawał  niewzruszenie  pogrążony w mo­dlit­wie.   Odwieczny  wróg nie próbował już wię­cej wtarg­nąć w jego myśli, zupełnie tak,  jakby  to on sam dos­tał chłostę.

Jak Benedykt spotkał szatana w postaci weterynarza

1. Pewnego dnia gdy Benedykt szedł do kaplicy św. Ja­na, znajdującej się na sa mym szczycie góry, spot­kał po drodze odwiecznego wroga, który przy­braw­szy postać weterynarza, niósł róg i trójnóg. — „Dokąd idziesz?”  — zapytał go mąż Boży.

 —  „Idę do braci”, —  od­po­wie­dział diabeł, —  „aby dać im lekarstwo”.

Czcigodny Oj­ciec udał się wtedy na modlitwę, a skończywszy ją śpiesznie pow rócił. 

Tymczasem  zły duch na­trafił na starszego mnicha, który czerpał właś­nie wo- dę. Na­tychmiast go opętał, rzucił na ziemię i strasznie drę­czył.

Kiedy mąż Boży  wracając z modlitwy zo­ba­czył go tak srodze męczonego,  wy- mierzył mu po pros­tu policzek. A policzek ten wypędził od razu złe­go ducha, który też już nigdy więcej nie ośmielił się na­pastować owego mnicha.

2. Piotr: Chciałbym wiedzieć, czy te tak wielkie cu­da upraszał zawsze w  mod- litwie, czy może niekiedy wy­starczał tylko jakiś znak jego woli?

Grzegorz:  Ludzie,  którzy są Bogu całkowi­cie od­da­ni,  zwykli czynić cuda za- leżnie  od  okoliczności,  i  w  ten  i  w  tamten sposób, cza­sem przez modlitwę, cza­sem zaś daną im mocą. Skoro Jan mówi:

Wszys­tkim tym, którzy Go przyjęli, dał moc, aby stali się dzieć­mi Boży- mi,

cóż dziwnego, że ta sama moc, co czyni z nich dzieci Boże, daje również wła­dzę czynienia cudów?

3. Tak  więc  dokonują  cudów  i  w  jeden  i w dru­gi sposób, jak świadczą o tym dzie­je Piotra,  który zmarłą Tabitę wskrzesił modlit­wą, jednym zaś słowem po tępienia  spowodo­wał,  że  Ananiasz i Safira zapłacili śmiercią za swoje kłam­stwo.

Nie czytamy bowiem w Piś­­mie  Świę­tym, że Piotr modlił się o ich śmierć, a  tyl ko,  że  zgromił  ich za popełnioną winę. Święci działają za­tem czasem własną mocą, cza­sem zaś przez mod­lit­wę, skoro tych Apostoł przyprawił o śmierć na­ ga­ną, tamtej zaś mod­ląc się przywrócił życie.

4. Opowiem te­raz także o dwóch cudach, jakie uczynił wierny słu­ga Boży Bene dykt,  a  z  opo­wiadania tego wyniknie jas­no, że jeden z nich zdziałał otrzyma- ną od Boga mo­cą, dru­giego zaś dokonał przez modlitwę.

31. Jak mąż Boży swoim spojrzeniem uwolnił z więzów wieśniaka

1. W czasach króla Totili pewien Got, imie­niem Zal­la, wyznawca ariańskiej he rezji,  pło­nął  tak straszną nie­nawiścią do wszystkich wiernych Kościoła ka­to­lic­kiego,  że  jeśli  tylko jakiś duchowny lub mnich wpadł mu w ręce, już z nich nie wychodził żywy.

Jed­nego  dnia,  podniecony  chciwością  i spragniony łu­pu, dręczył okrutnymi męczarniami  jakiegoś wieś­nia­ka rozszarpując mu ciało w różnych tortu­rach, aż ów, pokonany bólem oświadczył, że cały swój ma­ją­tek pozostawił słudze Bo żemu Benedyktowi. Miał bo­wiem nadzieję, że jeśli kat uwierzy i tortur na czas pe­wien zaniecha, on zyska na tym kilka godzin ży­cia.

2. I rzeczywiście Zalla przestał dręczyć tor­tu­rami wieś­niaka, natomiast zwią- zał mu ręce moc­nymi rze­mie­niami i zaczął pędzić go przed swoim koniem żą­da­jąc, by go zaprowa­dził do tego Benedykta, który skarb jego przy­jął.

Wieś­niak  ze  związanymi  rękami  szedł  zatem  przodem  wskazując drogę do klasztoru  świę­tego  męża.   Benedykt  siedział  właśnie  samotny  przy  bra­mie i czytał.

Wieśniak  po­wiedział  wte­dy  do  Zalli,  któ­ry  jechał  za nim ciągle mu gro­żąc: — „Oto ten! O nim ci mówiłem. To jest Ojciec Benedykt”.

Zalla, pe­łen wściek­łości, patrzał na Benedykta ze złoś­li­woś­cią szaleńca, a  są- dząc,   że  podobnie  jak  wszystkich  in­nych,  jego także potrafi zastraszyć, za- krzyk­nął  na ca­ły  głos:    — „Wstawaj!  Wstawaj!   I  oddaj  temu  wieś­nia­ko­wi skarb,  który  od  niego  wzią­łeś!”

3. Na jego krzyk mąż Boży od razu pod­niósł oczy znad książki, spoj­rzał na Go- ta, potem zaś zwrócił wzrok na zwią­za­ne­go wieś­niaka. A skoro tylko jego oczy spoczęły na rę­kach wieśniaka, krępujące je rzemienie zaczę­ły w cu­downy spo- sób rozwiązywać się tak szyb­ko,  że ża­den człowiek nawet w najwięk­szym poś- piechu nie zdą­żyłby tego zrobić.

Ten, który przyszedł w wię­zach, stał oto nagle cał­ko­wicie wolny. 

Wobec prze­jawu takiej mocy drżą­cy z przerażenia Zalla runął na zie­mię.  Po­chylił swój dumny i okrutny kark do stóp mę­ża Bożego polecając się jego mod litwom.

Be­­ne­­dy­kt i wówczas nie wstał ani czytania nie porzucił, lecz wez­wał tylko bra ci,  którym  pole­cił  wprowadzić  Gota  do  klasztoru i tam dać mu poświęcony posiłek.  Kie­dy go z powrotem do niego przywiedziono, na­pom­niał jeszcze,  by za­niechał swoich bezrozumnych okru­cieństw.

Zal­la  od­szedł  ujarzmiony  i  nie  ośmielił  się  już  żądać czegokolwiek od tego wieśniaka,  któ­re­go  mąż  Boży  uwolnił  z  więzów nie dotykając ich na­­wet, sa- mym tylko spojrzeniem.

4. Widzisz, Piotrze, że właśnie tak, jak mówi­łem,  ci,  co  służąc Bogu wchodzą z  Nim  w bli­s­ką zażyłość, mo­gą niekiedy czynić cuda także po prostu daną so­bie mocą.

Ów  święty  mąż,  który  siedząc  ujarzmił  stra­sznego  w  swej  dzi­kości Gota, a  spojrzeniem roz­wią­zał rzemie­nie  i  węzły krępujące ręce niewinnego wieś­nia- ka, otrzymał niewątpliwie od Boga i miał w so­­bie moc czynienia tego, co uczy- nił.

Świad­czy o tym sama szybkość,  z  jaką ów cud został do­ko­na­ny.  Z  kolei  opo- wiem teraz o innym wiel­kim cudzie, który wyprosił swoją mo­dlitwą.

Jak budowano klasztor w Terracina

1. Kiedy  indziej  znowu  pewien  pobożny  czło­wiek  po­prosił  Benedykta, żeby przysłał  swoich  uczniów  i  zbu­dował  klasztor  na  terenie  jego majątku koło mias­ta Terracina.

Benedykt zgodził się, wyznaczył bra­ci, mianował nad nimi przełożonego i te- go, który by zajmował po nim drugie miejsce. Od­cho­dzą­cym zaś obiecał:

„Idźcie, a tego i tego dnia ja sam przyjdę i pokażę wam, gdzie macie zbudować ora­torium, gdzie refektarz dla braci, gdzie dom dla goś­ci i wszystko inne”.

Otrzymawszy bło­gos­ła­wień­stwo poszli od razu, a z wielkim przejęciem wy­cze­ku­jąc  dnia  wyznaczonego  przygotowywali  wszystko, co wydawało się im po- trzebne dla czcigodnego Ojca i to­warzyszą­cych mu mnichów.

2. W  nocy  zaś  po­prze­dza­jącej  ów  oczekiwa­ny dzień mąż Boży pojawił się we śnie opato­wi,  którego postawił na czele wspó­lno­ty,  jak również jego przeoro- wi. We śnie tym pokazał im dokładnie gdzie i co mają budować.

Obu­dziwszy się opowiedzieli sobie wzajemnie co im się śniło.  Nie  byli  jednak w pełni przekona­ni o wiarygodności te­go widzenia, czekali więc na męża Boże go, bo prze­cież obiecał im, że przyjdzie.

3. Ale Benedykt nie przy­był w dniu ozna­czonym, oni więc zawiedzeni, sa­mi po szli wreszcie do niego.  — „Oczekiwaliśmy, Oj­cze”, rze­kli, „że przyjdziesz tak, jak obiecałeś  i  że  po­każesz  nam,  gdzie mamy budować. A ty nie przy­szed­łeś”.

On zaś na to:—  „Jak to,  bracia?   Dlaczego tak mó­wicie?   Czyż nie przyszed- łem tak,  jak obie­ca­łem?”.

—  „Kiedy to przyszedłeś?” zapytali.

—  „Czyż nie wi­dzieliście mnie obaj we śnie,” odrzekł,  „i  czy  nie  wska­załem wam miejsc właściwych?  Idźcie i zbu­duj­cie wszyst­kie pomieszczenia  klasz- torne według tego,  coś­cie w widzeniu usłyszeli”.

Otrzymawszy taką od­po­wiedź pełni podziwu powrócili do majątku koło Terra ­cina i zbudowali wszystko zgodnie ze wska­zów­ka­mi, jakie dostali we śnie.

4. Piotr: Chciałbym zrozumieć,  jak to się stać mo­gło, że poszedł on tak daleko i wydał rozporządzenia lu­dziom we śnie pogrążonym,  a  oni  w  widzeniu sen­nym usłyszeli je i pojęli.

Grzegorz:  Dlaczego pytasz, jak to się stać mogło?  Czyż­byś wątpił, Piotrze?

Wiadomo przecież, iż duch jest ze swej natury mniej związany z miejscem  niż cia­ło. 

Czytamy  także  i  w Piśmie Świętym, że pe­wien prorok porwa­ny z Judei został w mgnieniu oka prze­niesio­ny razem  z  przyrządzonym przez siebie po­sił­kiem do  Chaldei,  gdzie  posiłkiem  tym pokrze­pił dru­giego proroka, a sam natych- miast zna­lazł się z po­wrotem w Judei.

Jeśli więc Ha­bakuk zdo­łał w jednej chwili zajść ciałem tak daleko i jeszcze po­siłek zanieść,  cóż  w tym dziwnego, że Ojciec Be­ne­dykt otrzymał łaskę udania się duchem do śpiących bra­ci,  których duchom udzielił koniecznych wska­zó- w­ek?

Po­dobnie jak tamten przebył drogę w ciele, by dostarczyć cielesnego pokarmu ,  tak ten prze­niósł się duchem, by wytyczyć podstawy życia du­cho­wego­.

5. Piotr:   Słowem  twym,   jak  palcem,  ście­rasz  z mego ser­ca pył wątpliwości. Chciałbym jednak wiedzieć, ja­kim był ów mąż w zwykłej rozmowie.

St.-Benedict-and-St.-Scholastica2

St.-Benedict-and-St.-Scholastica
O wyklętych mniszkach

1. Grzegorz: Nawet w najprostszych jego słowach,  Piot­rze,  nie mogło zabrak- nąć mocy Bożej.  Skoro ser­ce Benedykta było w niebie, z ust jego nie mogły wy­chodzić słowa próżne. Jeśli nawet wygłaszał jesz­cze nie sąd, lecz tylko ostrze- żenie,  tyle  siły  miało to,  co  mówił, jakby wypowiadał już wyrok ostateczny i  bez­warunkowy.

2. Dość daleko od jego klasztoru mieszkały we włas­nej posiadłości dwie mnisz ki pochodzą­ce ze szla­chetnego rodu,  którym służył pewien pobożny czło­wiek załatwiając ich sprawy ze­wnętrzne.

Często jed­nak szlachetne pochodze­nie staje się przyczyną nie­szlachetnego po stę­powania, bo ci, którzy nie mogą za­pomnieć, że byli czymś więcej od innych , nie chcą i póź­niej mniej liczyć się w świecie.

Wspomniane mnisz­ki nie potrafiły jeszcze,  jak  to  nakazywał  ich habit, pow- ściągać  swo­ich  języków  w  sposób  dos­ko­na­ły  i  owego  pobożnego człowieka, który  słu­żył  im  pomocą  w sprawach zewnętrznych, nie­roz­waż­nymi słowami często doprowadzały do gniewu.

3. On długo to znosił,  aż  wreszcie  poszedł  do Bożego mę­ża i opowiedział, jak bardzo mu dokuczają swoim urąganiem. Mąż Boży zaś sły­sząc to natychmiast po­le­cił  powiedzieć  owym  mniszkom:  —  „Opanujcie  wasz  ję­zyk,  bo jeśli się nie poprawicie,  wyłączam was ze wspól­noty kościelnej”.

Nie wydawał jeszcze wyroku, a je­dynie groził ekskomuniką.

4. Mniszki jednak nie zmie­niły w niczym swego sposobu postępowania.  I  oto po kilku dniach umarły, po czym zostały po­cho­wane w kościele.

A kiedy w kościele tym od­pra­wia­no Mszę i diakon zgodnie ze zwyczajem zawo łał:  — „Jeś­li jest ktoś, kto nie należy do wspólnoty, niechaj wyj­dzie”, piastun ka ich, która zwykła przynosić za nie ofia­rę Panu,  zobaczyła,  jak  obie wyszły z grobów i opuściły koś­ciół.  Wi­działa to wiele razy:  na  głos  diakona, zmar­łe wychodziły nie mogąc pozostać w kościele.

Przy­pomniała sobie wtedy napomnienie, jakie­go udzie­lił im mąż Boży,  gdy je szcze żyły. Powiedział prze­cież, iż wyłączy je ze wspólno­ty kościelnej, jeśli nie zmienią swego sposobu postępowania i mó­wie­nia.

5. Z  wielkim  smutkiem  doniesiono  o tym słudze Bo­żemu, który natychmiast własną ręką dał ofiarę i po­wiedział:  — „Idźcie i ofiarę tę złóżcie Panu za owe mnisz­ki, a nie będą już dłużej wyłączone”.

Po  zło­że­niu  tej  ofiary nigdy nie widziano więcej,  żeby wy­cho­dziły z kościo­ła, gdy diakon zgodnie ze zwy­cza­jem wołał,  by opuszczali go wszyscy nie należą- cy do wspól­noty.

Stało  się  więc  cał­kowicie  jasne,  że  sługa Boży wprowadził je z powrotem do wspólnoty  z  Pa­nem,  gdyż  nie  wychodziły  już  razem z ty­mi, którzy by­li z tej wspólnoty wyłączeni.

6. Piotr: Choć mąż ten był nadzwyczaj i świę­ty, i czci­godny,  jest jednak rzeczą zadzi­wiającą, że żyjąc jesz­cze w tym zniszczalnym ciele miał władzę uwal­niać dusze, które stanę­ły już przed sądem nie­wi­dzial­nym.

Grzegorz: A czyż nie był w tym ciele rów­nież Apos­toł, kiedy usłyszał:

Cokolwiek zwią­żesz na zie­mi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek roz­wią­żesz na ziemi, będzie roz­wiązane i w niebie?

Jego to rolę w owym związywaniu  i  roz­wią­zy­wa­niu pełnią ci,  któ­rym  wiara i  cnoty zapewniają wła­dzę nad duszami. Po to jednak,  by człowiek  z  zie­mi po- siadł tak wielką potęgę, Stwórca nieba i zie­mi zstą­pił na ziemię z nieba.

Jeśli  ciało  może  dziś  sądzić  na­wet duchy, to godności tej raczył mu użyczyć Bóg,  któ­ry  stał  się  dla ludzi cia­łem. Nasza słabość dlatego tyl­ko wzniosła się tak wysoko ponad siebie samą, że moc Boża zniżyła się aż do słabości.

7. Piotr: Rozumowanie to w pełni wyjaśnia cud dokonany.

Jak pewien mnich, odchodząc z klasztoru spotkał po drodze smoka

1. Grzegorz: Jeden z jego mnichów uległ po­ku­sie nie­stałości i nie chciał pozo- stać w kla­sztorze.  A cho­ciaż go mąż Boży ciągle ostrze­gał i często na­po­mi­nał, on jednak za żadną ce­nę nie zgadzał się żyć dłu­żej we wspólnocie, tylko wciąż usilnie prosił, by go pu­szczono. Pew­nego wreszcie dnia czcigodny Ojciec znu­żony jego natarczywością i rozgniewany, roz­kazał mu odejść.

2. Zaledwie ów mnich z klasztoru wyszedł, uj­rzał na drodze smoka,  który gro- ził mu szero­ko ot­war­tą paszczą.  Widząc, że zamierza go po­żreć,  cały drżą­cy, zaczął wołać wielkim głosem: —   „Chodźcie szyb­ko, bo smok mnie po­żre!”

Przybiegli  bracia,  nie  zo­baczyli   jednak   żadnego  smoka,  al przerażonego i  roz­trzęsio­nego mnicha przyprowadzili z powrotem do klasztoru. Od razu też złożył  przyrzeczenie,  że  nig­dy  klasztoru  nie  opuści  i od tej chwili po­został swe­mu przyrzeczeniu wierny.  Modlitwy świętego mę­ża pozwoliły mu bowiem ujrzeć przed sobą tego smo­ka, za którym, nie widząc go, szedł poprzednio po- dziwu.

O cudownym uleczeniu sługi

1. Sądzę również, że nie należy przemilczeć i tego, co opowiedział mi dostojny Antoniusz.

Sługa jego oj­ca został mianowicie dotknięty chorobą zwaną ele­fan­tiazis:  wło- sy mu wypada­ły, skóra brzękła i nie da­wa­ło się już ukryć wyciekającej ropy.

Posłany  przez  swe­go  pana  do  męża Bożego,  natychmiast  odzyskał  w  peł­ni zdrowie.

O cudownym spłaceniu długu

1. Nie pominę też tego, o czym często op­o­wiadał uczeń Benedykta, Peregrinus

Kiedyś  pewien  czło­wiek  pobożny  znalazł  się w sytu­acji bez wyjścia, gdyż nie mógł spłacić zacią­gniętego długu.

Doszedł  wów­czas  do  wniosku,  że  pozostała  mu  tylko  jedna dro­ga ratunku: —  pójść do męża Bożego i przedstawić mu całą trudność.

Udał się zatem do klasztoru,  od­na­lazł  sługę  wszechmogącego  Boga  i wyznał mu,  że  jego  wierzyciel  domaga  się  bezwzględnie  zwrotu  dwu­nastu solidów (złotych monet).  Czcigodny Ojciec od­rzekł, że nie ma niestety, owych dwuna- stu  so­li­dów,  lecz  zarazem  starał  się  dobrotliwie  pocieszyć go w stra­pieniu: —  „Idź  i  po  dwóch  dniach  przyjdź znowu, bo dzisiaj brak mi tego, czego ci potrzeba”.

2. A przez te dwa dni, jak zwykle, modlił się wytrwale.

Trze­cie­go  dnia  wrócił  udręczony  dłużnik  i oto nagle na skrzy­ni klasztornej, która była pełna zboża, znalazło się trzynaście solidów.

Mąż Boży kazał je przynieść i wręczyć szu­ka­ją­ce­mu pomocy nieszczęśnikowi. Powie­dział przy tym,  by zwrócił dwanaście, a jeden zatrzymał na własne wy­datki.

3. Powróćmy jednak teraz do tego,  o  czym do­wie­działem się od jego uczniów wymienio­nych na sa­mym początku tej księgi.

Pewien  człowiek  na  przy­kład był trawiony straszną zazdrością.  Tak  bardzo nie­nawidził swego rywala, że ukradkiem domieszał mu trucizny do napoju.

Ten  wprawdzie  nie  umarł,  lecz trucizna zmieniła kolor jego skóry, tak że na cał­ym ciele wystąpiły plamy, które przypomi­nały trąd swoim wyglądem.

Chory  przywie­dziony  do  mę­ża  Bożego,  szybko  odzyskał w pełni zdrowie, bo gdy tyl­ko Benedykt go dotknął, zaraz wszystkie plamy zniknęły.

 ————————————————-

św. Grzegorz Wielki

Żywot św. Benedykta: „Dialogi. Księga druga”
Za:ps-po.pl/
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii św. Benedykt, św. Grzegorz Wielki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.