FATIMA 95 LAT PÓŹNIEJ. NAWET DZIECKO BY ZROZUMIAŁO…

Dzisiaj, gdy piszę te słowa, mija 95. rocznica pierwszego objawienia Maryi w Fatimie. Rocznica przechodzi bez większego rozgłosu, niektóre katolickie portale (o świeckich nawet nie wspominam) nawet nie wspominają o tym. A szkoda, bo to bardzo ważna rocznica. Albo raczej ważne wydarzenie, które warto nieustannie przypominać. 

 Mówiąc o świeckich portalach, parę dni temu powtarzały one wszystkie słowa ojca Rydzyka, które miały paść w Toruniu, gdzie Ojciec Dyrektor miał nazwać „idiotką” kobietę, która nawoływała do modlitwy, zamiast demonstracji na rzecz TV Trwam. Nie wiem, czy te przekazy są prawdziwe, ale wiem, że tak  myśli wiele osób. Tak, jak Ojciec Dyrektor: Że najważniejsze, to „coś robić”, wyjść na ulice, protestować. Przedwczoraj na moim forum także jeden z gości stwierdził, że „modlitwy już były i nic nie dały, teraz czas działać”.  Cóż, pozwolę się z tym nie zgodzić.

Nie zgodzę się z tym głównie dlatego, że nie wierzę, że „modlitwy już były”. Po prostu nie wierzę, że wszyscy ci, co głośno o tym mówią, rzeczywiście z takim samym zapałem się modlili. Nie wierzę także, że manifestacje zmienią cokolwiek. A modlitwy – jak najbardziej.

Wystarczy wspomnieć Bitwę pod Lepanto, czy w czasach nam bliższych wymodlone ustąpienie reżimy Marcosa na Filipinach, albo zmianę rządów na Węgrzech. To są owoce modlitwy. Konkretnie Modlitwy Różańcowej. Ale tam miliony ludzi się modliły, a nie mówiły o tym, że trzeba (albo nie trzeba) się modlić.

Przypomnijmy zatem o co nas prosiła Maryja w Fatimie? Dziś Dzień Matki w USA. A Ona jest naszą Matką, tak, jak jest matką Hiacynty, Łucji i Franciszka. Jak te dzieci, które Ją widziały, które z Nią rozmawiały, odpowiedziały na Jej wezwanie? O co Ona je prosiła?

Zacytuję tu, nie pierwszy już raz na moim blogu, kilka fragmentów wspomnień siostry Łucji o Hiacyncie i Franciszku Marto. Cytaty za książką „Siostra Łucja mówi o Fatimie, wydanie trzecie 1989, Vice-Postulcao, P-2496 Fatima, imprimatur biskup Albert Leirii:

***

 „Kiedyśmy tego dnia przyszli na pastwisko, Hiacynta usiadła na kamieniu zamyślona.
– „Hiacynta, chodź się bawić!”
– „Dzisiaj nie chce mi się bawić”.
– „Dlaczego nie chce ci się bawić?”
– „Dlatego, że się zastanawiam. Ta Pani powiedziała nam, abyśmy odmawiali różaniec i ponosili ofiary o nawrócenie grzeszników. […] A ofiary, jak mamy je ponieść?”
Franciszek wynalazł od razu sposób złożenia dobrej ofiary.
– „Damy nasz posiłek owcom i złożymy ofiary z jedzenia”.
W parę minut potem cały nasz posiłek został rozdzielony pomiędzy naszą trzodę. I tak spędziliśmy ten dzień na czczo niczym najsurowszy kartuz.

Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były tam dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita , które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała:
– „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”.
I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Żołędzie były jeszcze niedojrzałe. Mimo to uważałam, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo oliwne, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść gorzkie żołędzie dębowe, aby ponieść ofiary. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy.

Dla Hiacynty była to jedna z jej normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Któregoś dnia powiedziałam jej:
– „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”.
– „Jem właśnie dlatego, że jest gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”.

To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze.
Kiedy je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku. W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców.

Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko, a byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofiarę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ w pobliżu był staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc sądziła, że byłoby dobrze, abyśmy w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową.
Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków i Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na wyschniętej ziemi wszystko się spali.
Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ofiarowaliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników, ale gdy minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję, poszłam więc zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił.
– „Nie chcę” – odpowiedział.
– „Dlaczego?”
– „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”.
– „Hiacynta, napij się ty!”
– „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
W rezultacie wylałam wszystką wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się jej napić i odniosłam dzbanek właścicielce. Upał stawał się coraz silniejszy. Koniki polne i świerszcze łączyły swe śpiewy z rechotaniem żab w pobliskim stawie. Hiacynta osłabiona głodem i pragnieniem powiedziała do mnie ze swą zwykłą prostotą:
– „Powiedz świerszczom i żabom, żeby się uspokoiły, tak mnie boli głowa!”
Potem zapytał się Franciszek:
– „Nie chcesz ofiarować tego bólu za grzeszników?”
Biedne dziecko ścisnęło głowę rączkami i odpowiedziało:
– „Tak, chcę. Niech śpiewają i rechoczą”.

Kiedyśmy po pewnym czasie zostali aresztowani, najbardziej cierpiała Hiacynta wskutek nieobecności rodziców. Ze łzami spływającymi po policzkach mówiła:
– „Ani twoi, ani moi rodzice nie przyszli nas odwiedzić. Nie dbają więcej o nas”.
– „Nie płacz – powiedział jej Franciszek. – Ofiarujemy to Jezusowi za grzeszników”.
I podniósłszy oczy i rączki do nieba, począł mówić modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości ku Tobie i za nawrócenie grzeszników”.
A Hiacynta dodała:
– „Również i za Ojca Świętego i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Kiedy po rozdzieleniu znowu umieścili nas we wspólnej celi więziennej, mówiła, że wkrótce po nas przyjdą i zaczną nas smażyć. Hiacynta zbliżyła się do okna, które wychodziło na targowisko z bydłem. Sądziłam początkowo, że chciała rozerwać się widokiem, ale wkrótce przekonałam się, że płakała. Przyprowadziłam ją do siebie i zapytałam, dlaczego płacze.
– „Dlatego, że umrzemy nie zobaczywszy ani naszych tatusiów, ani naszych mam” – odpowiedziała i ze łzami spływającymi jej po policzkach dodała: – Chciałabym przynajmniej zobaczyć moją mamę!”
– „A więc nie chcesz złożyć tej ofiary za nawrócenie grzeszników?”
– „Chcę, chcę!”
Ze łzami w oczach, wzniosła ręce i oczy do nieba i odmówiła modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników, za Ojca Świętego, i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.

Postanowiliśmy zatem odmówić nasz różaniec. Hiacynta zdjęła medalik, który miała na szyi, poprosiła jednego z więźniów, aby go powiesił na gwoździu na ścianie. Uklękliśmy przed tym medalikiem i zaczęliśmy się modlić.
Więźniowie modlili się wspólnie z nami, jeżeli w ogóle umieli się modlić; w każdym razie klęczeli. Po skończeniu różańca Hiacynta powróciła do okna i płakała.
– „Hiacynto, nie chcesz złożyć tej ofiary Panu Jezusowi?”–
zapytałam ją.
– „Chcę, ale myślę o mojej mamie i płaczę mimo woli”.
Ponieważ Najświętsza Panna powiedziała nam, abyśmy składali również nasze modlitwy i umartwienia za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi, postanowiliśmy, że każdy z nas wybierze inną intencję. Jeden za grzeszników, drugi za Ojca Świętego, a trzeci jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Jak tylko zrobiliśmy to postanowienie, zapytałam Hiacyntę, jaką intencję chciałaby sobie wybrać?
– „Ja ofiaruję na wszystkie intencje, bo wszystkie mi się podobają”.

Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia
mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów:
– „Słuchajcie! To boli! moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”.
Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za
mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco:
– „Nie! Chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.

Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła. Czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas:
– „Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!”
Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę.”

Może wystarczy tych cytatów. Pomyślmy o tych malutkich przecież dzieciach. To nie było symboliczne odmówienie sobie loda, czy cukierka przez rozpieszczane dziecko. Te dzieci już i tak miały trudne życie, pracując od najmłodszych lat, pasąc owce i pomagając rodzicom w gospodarstwie. A ofiary, które dobrowolnie na siebie przyjęły są wręcz niesamowite. Trudno uwierzyć, a jednak… Ale jeżeli to właśnie było tym, czego oczekiwała od nich Błogosławiona Dziewica Maryja, to jaką my z tego powinniśmy wyciągnąć lekcję? Jeżeli te małe dzieci mogły tak wiele dać, to czy dwa dni o chlebie i wodzie to jest naprawdę taka wielka ofiara? Czy godzina modlitwy to aż tak dużo?

Jest tylko jedna skuteczna droga, by odmienić świat. Droga modlitwy i wyrzeczeń, postów i ofiar. Nie ma innej drogi. Manifestacje, zadymy, protesty – to ślepa uliczka, prowadząca donikąd. Tylko, że nam to tak trudno jest zrozumieć.

Wszyscy pamiętamy Piłata, który zapytał kogo ma uwolnić: Jezusa, czy Barabasza. Biblia nie mówi nam jednoznacznie kim Barabasz był, ale wielu egzegetów i historyków twierdzi, że był on rewolucjonistą, samozwańczym mesjaszem, który był oskarżony o  rozniecanie zamieszek. Pamiętajmy, że Żydzi właśnie w tamtych czasach oczekiwali mesjasza. Znamy imiona kilku z nich, a z pewnością było ich więcej, lecz nie wszyscy przeszli do historii. Barabasz prawdopodobnie był jednym z nich. Dlatego chyba tak łatwo było faryzeuszom przekonać tłum, by go zwolnił. Tłum bowiem chciał działania, walki, następcy Machabeuszy, następcy wielkiego wojownika Dawida, który z niczego zbudował potęgę Izraela. A Jezus? Jezus mówił o nawróceniu, o modlitwie, o odmianie serca.

95 lat temu Maryja przyszła do nas z ważnym orędziem. Wybrała trójkę malutkich dzieci, biednych pastuszków, na końcu świata, w zapadłej wiosce, by im to orędzie przekazać. I dzieci te, w prostocie swego serca, przyjęły je. Pokazały nam swoim przykładem czego Ona od nas oczekuje. A my? A my czekamy na Barabasza.

Lepanto, Filipiny, Węgry pokazują, że modlitwą można wygrać wszystko. A my, z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że skuteczniejsze będą obelgi pod adresem przeciwników, demonstracje, akcje i zadymy. O wielka ludzka naiwności! Ale choćbym miał być ostatnim, który to będzie głosił, będę to powtarzał do znudzenia: Tylko modlitwą i postem można wyrzucić niektóre złe duchy. I dopóki tego wszyscy nie zrozumiemy, będziemy zawsze stali na straconej pozycji. Bo w obelgach i zadymach nigdy nie prześcigniemy naszych adwersarzy.

Przed tygodniem usłyszeliśmy w Kościele takie słowa Pana Jezusa:

 Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwał/ w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – o ile nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. (J 15, 1-7)

 Beze Mnie nic nie możecie uczynić. 

Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was,

poproście, o cokolwiek chcecie,

a to wam się spełni. 

Amen.

 www.wspolnotamarto.com

http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/fatima_95_lat_pozniej._nawet_dziecko_by_zrozumialo…_36043

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: